KOMIKS 

Blueberry tom 7 – Nowe Rozdanie [recenzja]

Szósty tom przygód Blueberry’ego zakończył pewien etap w historii bohatera. Pozwolił domknąć ciągnącą się od kilku części intrygę i pożegnać przynajmniej kilka postaci. Kolejny album z cyklu stanowi nowe rozdanie i zarazem przygotowuje nas do pożegnania z porucznikiem kawalerii.
Co ciekawe, czytelnik też może poczuć się odrobinę osamotniony, gdyż spotka tu niewielu znajomych z poprzednich części. W zamian jednak – ujrzy w akcji słynnych Earpów, Hollidaya, przywódcę gangu kowbojów i parę innych twarzy znanych z klasycznych filmowych westernów oraz starych gazet.

Mike Blueberry przeżył już swoje. Dostał od życia w skórę, wskoczył w centrum niesamowitych przygód. Wpływał na bieg historii i lądował na dnie z listem gończym oraz pościgiem na karku.

Teraz zaś przesiaduje w jednym z kasyn w Tombstone i spędza całe dnie na grze w pokera z co bardziej prominentnymi przedstawicielami tutejszej elity. Przez jego stół przewijają się nawet bracia Earp i Doc Holliday. Dni upływające na karcianej sielance wkrótce się jednak skończą, gdyż w stronę byłego wojskowego nadciągają czarne chmury. Upierdliwy pisarz pragnący zrobić wywiad z Blueberry’m będzie najmniejszym ze zmartwień.

Przez tom przebija nostalgiczny ton, podkreślany reminiscencjami z awanturniczej przeszłości Blueberry’ego. Gdzieś między wierszami, pewnie pod wpływem „Bez przebaczenia”, które Eastwood wypuścił parę lat wcześniej, odbywa się dekonstrukcja westernowego herosa. Wyraźniej niż dotąd możemy dostrzec zgorzknienie bohatera, jego wątpliwości. Co ciekawe, czytelnik też może poczuć się odrobinę osamotniony, gdyż spotka tu niewielu znajomych z poprzednich części. W zamian jednak – ujrzy w akcji słynnych Earpów, Hollidaya, przywódcę gangu kowbojów i parę innych twarzy znanych z klasycznych filmowych westernów oraz starych gazet.

Fabuła rozkręca się powoli i widać, że znów będziemy mieli do czynienia z dłuższą intrygą. Pierwsza z opowiastek pisana jest jednak nieco dziwnie i trudno się w niej odnaleźć. Niezbyt płynnie przeskakuje między kilkoma wątkami, nie oddziela ich nawet informacyjną ramką. Jest to o tyle uciążliwe, że przynajmniej dwie nitki tej historii pokazują bohaterów o zbliżonym wyglądzie i czasem dopiero po kilku kadrach orientujemy się, że nastąpił przeskok. Możliwe, że to wina faktu, iż Giraud zasiadł tu również na fotelu scenarzysty i kontynuował dzieło Charliera samodzielnie. W końcu jednak narracyjny chaos ustępuje dyscyplinie – i drugą część tomu czyta się już płynnie oraz z dawną przyjemnością.

Rysunki Moebiusa trzymają fason i wyraźniej niż dotąd czerpią z westernowej kinematografii. Chwilami odlatują w stronę surrealizmu, zwłaszcza przy prezentowaniu facjat, kiedy indziej skręcają w stronę pomnikowych kadrów z wielkich dzieł o Dzikim Zachodzie. Dzięki mocnej i wyrazistej kresce wszystko to trzyma jednak spójność. Można się przyczepić, że parę kadrów wygląda odrobinę niechlujnie, jakby autor na tym etapie stracił zapał do roboty.
Niemniej, warto sięgnąć po siódmy tom „Blueberry’ego”, gdyż nie nawiązuje aż tak mocno do poprzednich historii. A poza tym do wielkiego finału coraz bliżej.

Transformers
Poprzedni

Transformers: The Movie - nostalgii czas [recenzja]

rekiny wojny
Następny

Rekiny wojny - kawał znakomitego kina [recenzja]

Hubert Sosnowski

Hubert Sosnowski

Rocznik 1991, zodiakalny bliźniak, który raz nie może usiedzieć w miejscu, a kiedy indziej zaszywa się w swojej pieczarze. Z tego tytułu znajduje czas zarówno, na wyżywanie się na macie, jak i wycieczki w świat filmów, książek, komiksów, gier, larpów i muzyki, a czasem nawet i w otchłań studiów. Opublikował parę tekstów tu i tam, w "Science Fiction Fantasy i Horror", "LiteRacjach" oraz w portalach internetowych. Od 2014 regularnie publikuje w Dzikiej Bandzie.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz