KOMIKS 

Coutoo – Świetny początek bez ciągu dalszego [recenzja]

Wyświechtane słowo „kultowy” rzadko pasuje tak bardzo, jak do „Coutoo” słynnego Andreasa Martensa. Egmont niedawno wydał ten rarytasowy album na polski rynek. Tym sposobem do naszych rąk trafia intrygująca pozycja z pogranicza kryminału noir i metafizycznego horroru.
Na niedopowiedzeniach, mistycyzmie, nawiązaniach do Voo Doo autor buduje atmosferę autentycznej grozy, wychodzącej daleko poza kadr i okładki komiksu.

„Coutoo” pamięta czasy, kiedy przymierzano się do wyburzenia Muru Berlińskiego. Od początku rozpalał umysły czytelników, budował tajemnicę i zostawiał ogromne pole do interpretacji. Powstał jako część większej całości, najprawdopodobniej trylogii. Andreas uznał jednak, że jeden album wystarczy i stanowi dzieło kompletne. To, co zostało, zasługuje na uznanie i zapisało się złotymi zgłoskami w historii komiksu, jednak uważam, że nie była to najszczęśliwsza z decyzji artysty. Ucierpiała bowiem historia.

To mroczna, duszna opowieść czerpiąca z konwencji noir. Zabiera nas do Nowego Jorku lat 50. Wielkim Jabłkiem wstrząsa seria krwawych, pozornie niepowiązanych zbrodni. Morderca kasuje przypadkowych ludzi. Zawsze dwoma ciosami noża. Sprawę prowadzi detektyw Joe Kraft. Ojciec policjanta mierzył się niedawno z podobną sprawą – zastrzelił winowajcę, po czym zniknął. Tymczasem tajemniczy zbir wciąż grasuje na wolności i zbiera krwawe żniwo.

„Coutoo” nie jest spacerkiem dla nadwrażliwych. Na dzień dobry wita nas kadrami, gdzie uprzejmy pracodawca potraktował sekretarkę jak worek treningowy, bo kobieta dopuściła się drobnego przewinienia. Następnie widzimy, jak oprawca zmienia się w wypatroszoną ofiarę. A potem będzie już tylko gorzej…

Brutalne sceny to tylko wierzchołek góry lodowej zbudowanej z mroku i niepokoju. Bo to niepokojem i niepewnością album stoi. Na atmosferę zagrożenia wpływa tu przede wszystkim kreska Martensa. Plansze to czysta perfekcja, już sam ich układ robi odpowiednio duszne wrażenie. Kiedy przemykamy wzrokiem przez zadymione, zanurzone w cieniu kadry klaustrofobicznych biur, korytarzy i uliczek – czujemy, że bohaterów coś obserwuje. I nie tylko ich. Na niedopowiedzeniach, mistycyzmie, nawiązaniach do Voo Doo (mam wrażenie, że ktoś tu odrobił pracę domową z „Harry’ego Angela„) autor buduje atmosferę autentycznej grozy, wychodzącej daleko poza kadr i okładki komiksu.

Wraz z niedopowiedzeniami pojawia się jednak problem, o którym wspomniałem na początku. „Coutoo” miało być częścią większej całości. I choć poznajemy – mniej więcej – prawdę o mordercy oraz dostajemy eliptyczną puentę opowieści, to większość odpowiedzi kryje się gdzieś poza naszym zasięgiem. Oczywiście, na poziomie intelektualnym otrzymaliśmy pole do popisu, zabawę z porozrzucanymi tropami, szyframi, z których można odczytać dodatkowe przesłanie komiksu. To bardzo fajny gadżet, który porwał sporą rzeszę czytelników, ale na porzuceniu „Coutoo” praktycznie w rozbiegówce – straciliśmy kawał dobrej historii, tak coś czuję. Po prostu wiele akcentów tu nie wybrzmiewa tak, jak mogłoby. Historia Krafta znajduje prawdopodobne rozwiązanie – ale tylko ona. Reszta kwestii pozostawia nas z uczuciem niedosytu. W efekcie czytelnik może się poczuć, jak w przypadku świetnego opowiadania robiącego smaka na cykl/antologię, które nigdy nie powstaną.

A rzeczy do rozwinięcia było to mnóstwo – kwestie pochodzenia Coutoo, jego filozofia bazująca na braku ograniczeń, szaleństwo związane z Voo Doo, nastawienie niektórych bohaterów do sprawy… To wszystko naprawdę zasługiwało na porządne zamknięcie i można by na tym spokojnie zbudować pasjonującą, kilkukrotnie dłuższą fabułę, bez utraty nastroju i tajemniczości.
Niemniej, „Coutoo” samo w sobie wciąż przykuwa uwagę, budzi kontrowersje i pozostawia z ciarkami przebiegającymi po plecach. Dla miłośników mocnych wrażeń, także intelektualnych, pozostaje pozycją obowiązkową.

Dzika Banda
Poprzedni

Książki warte Oscara cz. 2

excentrycy sciezka dzwiekowa
Następny

Excentrycy - muzyka z filmu - Jak swingują polskie gwiazdy [recenzja]

Hubert Sosnowski

Hubert Sosnowski

Rocznik 1991, zodiakalny bliźniak, który raz nie może usiedzieć w miejscu, a kiedy indziej zaszywa się w swojej pieczarze. Z tego tytułu znajduje czas zarówno, na wyżywanie się na macie, jak i wycieczki w świat filmów, książek, komiksów, gier, larpów i muzyki, a czasem nawet i w otchłań studiów. Opublikował parę tekstów tu i tam, w "Science Fiction Fantasy i Horror", "LiteRacjach" oraz w portalach internetowych. Od 2014 regularnie publikuje w Dzikiej Bandzie.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz