KOMIKS 

Cyrrus-Mil – świadectwo niezwykłego talentu [recenzja]

Niemiecki twórca Andreas Martens znany jest przede wszystkim jako twórca długich serii jak „Koziorożec” czy „Arq” i sztandarowego „Rorka”. Znany jest też z kilku trylogii, z czego tylko jedną udało mu się dokończyć, a pozostałe porzucił po narysowaniu jednego lub dwóch epizodów. Do tej drugiej grupy zalicza się narracyjny eksperyment – „Cyrrus-Mil”.

„Cyrrus-Mil” to nic innego jak nazwy dwóch albumów składających się na całą opowieść, która w zasadzie powinna nosić tytuł „Cyrrus-Mil-Dian”. Andreas tworzył ją w drugiej połowie lat 80. i ze względu na ówczesne zawirowania wydawnicze porzucił, nie realizując ostatniego rozdziału, który to miał rozwikłać wszelkie pojawiające się w niej tajemnice i zagadki. A tych jest całe mnóstwo, gdyż autor podobnie jak w innych swoich tytułach, eksploruje tematy związane z mistycyzmem, przenikaniem się światów, zakazaną archeologią i po raz pierwszy – podróżami  w czasie.

Andreas eksploruje tematy związane z mistycyzmem, przenikaniem się światów, zakazaną archeologią i po raz pierwszy – podróżami  w czasie.

Bohaterem pierwszego albumu jest tytułowy Cyrrus Foxe, młody badacz i archeolog, który zostaje zaangażowany w prace wykopaliskowe na terenie starożytnej i osobliwej budowli o nieznanym przeznaczeniu, odkrytej na terenie USA. Sam Andreas uważa, że „Cyrrus” jest najmniej przystępnym w odbiorze komiksem jego autorstwa i trudno się z nim nie zgodzić. Jego akcja rozgrywa się na kilku płaszczyznach czasowych, często zmieniając zarówno miejsce jak i czas na przestrzeni zaledwie dwóch kadrów. Do tego narracja prowadzona jest niechronologicznie, co tylko potęguje efekt chaosu i zagubienia, a w dojściu do sensu opowieści nie pomagają nawet zróżnicowane formy graficzne przyporządkowane poszczególnym planom przekazu.

Nieco lepiej jest w kontynuacji, „Mil”, rozgrywającej się sześćdziesiąt lat później, gdzie autor wyraźnie wyodrębnił dwa strumienie czasowe i całkowicie zrezygnował z nielinearnej konstrukcji opowieści. Jej bohaterem jest Jerome Bachman, jedna z drugoplanowych postaci „Cyrrusa”, który zostaje przeniesiony w czasy przedhistoryczne i staje się świadkiem kształtowania pierwszej ziemskiej cywilizacji oraz poniekąd poznaje tajemnicę osobliwej budowli. Andreas udziela odpowiedzi na niektóre pytania postawione w poprzednia albumie, ale też zadaje kolejne, skutecznie uniemożliwiając  zrozumienie całości, która i tak przecież nie doczekała się zakończenia.

Autor wszelkie tajemnice ujawnił ponoć w jednym z wywiadów, gdzie podzielił się informacjami co do dalszych losów Cyrrusa, Mila oraz pozostałych niejasności. Szkoda, że nie zamieszczono tego tekstu jako posłowia w albumie. Byłby to z pewnością miły gest w stronę fanów twórczości Niemca.

Choć niedokończony, „Cyrrus-Mil” stanowi gratkę dla miłośników komiksu. Raz, że jest on eksperymentem formalnym na poziomie „Feralnego Majora” Moebiusa, dziełem skomplikowanym w odbiorze, udowadniającym, że opowieści obrazkowe to nie tylko niezobowiązująca rozrywka ale też intelektualna strawa dla wymagających, a dwa jest przepięknym świadectwem niezwykłego talentu Andreasa oraz  kopalnią intrygujących pomysłów i wizji.

rys. Hermann
Poprzedni

Wieże Bois-Maury - arcydzieło nieoczywiste

Albatros
Następny

Nazywam się Charlotte Simmons - Wolfe bez pazura i werwy [recenzja]

Paweł Deptuch

Paweł Deptuch

Miłośnik komiksów, scence-fiction, pulpy i kryminału. W latach 2004-2010 redaktor naczelny serwisu Carpe Noctem. Współpracował m.in. z Bicepsem, Czachopismem, Ziniolem, Kolorowymi Zeszytami, a swego czasu prowadził stałe kolumny związane z fantastyką w lokalnych periodykach. Od 2006 r. stały współpracownik miesięcznika Nowa Fantastyka. Autor kilku scenariuszy komiksowych i opowiadań. Legniczanin. Tata.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz