KOMIKS 

Deadpool #1: Martwi Prezydenci – przyjemna rozbiegówka nowych twórców [recenzja]

To zdecydowanie jego czas. Filmowy „Deadpool” podbił kina w weekend, a rynek idzie za ciosem i do Polski wchodzi seria komiksowa Gerry’ego Duggana o przygodach Pyskatego Najemnika. Czy to dobry start dla czytelników?
To nierówny album, ma momenty średniawe i pozbawione polotu, ale Duggan potrafi je załatać bardzo celnym, siarczystym humorem.

Deadpool to doświadczony chłopak. Oberwał od losu konkretnie, a w dodatku nie zawsze miał szczęście do scenarzystów. Przez długi czas nad przygodami Wade’a Wilsona opiekę sprawował Daniel Way. Dokręcał śrubę psychozy i doprowadził szaleństwo Deadpoola na najwyższe możliwe obroty, ale to nie zawsze przekładało się na jakość. Delikatnie rzecz ujmując. Dlatego  czytelnicy pożegnali scenarzystę z niejaką ulgą.

Jego miejsce zajął Gerry Duggan w duecie z Brianem Posehnem i skierował serię na nowe tory. Wade to znowu bezczelny najemnik, który za pieniądze zrobi wiele, ale też z całych sił próbuje się zmienić, porzucić syf dotychczasowego życia. Dalej błaznuje i szarżuje, z wdziękiem nosorożca depcząc wszelkie świętości – zwłaszcza zaś amerykańskie. Za namową Agentki Preston z S.H.I.E.L.D. Deadpool rusza zapolować na prezydentów, którzy wstali z grobu, by ubiegać się o reelekcję. Duggan i Posehn sportretowali nieboszczyków jako złośliwe karykatury i to ich występy najbardziej bawią, choć Deadpool nie pozostaje daleko w tyle. Tym razem nie występuje już jako niepoczytalny szaleniec, a udręczony błazen, który śmieje się ze wszystkiego i zgrywa głupca, bo tak jest bezpieczniej.

Duggan z radością bystrego, ale niefrasobliwego dzieciaka zabiera nas do lunaparku wypełnionego przez wielkie dinozaury, zombie-prezydentów, czarodziejów, duchy, tajnych agentów i najemników ze spluwami większymi niż życie. To przyjemna, niezobowiązująca fabułka, przez którą czasami przebija dramat głównego bohatera, paskudna przeszłość i poczucie osamotnienia. Po każdej takiej wstawce historia wraca jednak na tor bombastycznej komedii akcji.

To nierówny album, ma momenty średniawe i pozbawione polotu, ale Duggan potrafi je załatać bardzo celnym, siarczystym humorem. Chwilami pomysły na akcję zawodzą i tempo siada. Warto jednak czekać i pozwolić scenarzystom wziąć rozpęd. Twórcy prowadzą bowiem historię według reguł serialowych i najlepsze zostawiają na potem. I wierzcie mi, to „potem” nadejdzie. Kolejne albumy również będą miały wzloty i upadki, lecz przynajmniej jeden komiks Duggana można zaliczyć do najlepszych, jakie o Deadpoolu napisano. I na niego zdecydowanie warto czekać.

Znakomitą robotę odstawił też Tony Moore. Rysownik zaproponował proporcjonalne sylwetki zamiast sterydowych mięśniaków. A i tak wiemy, komu złoczyńcy nie powinni wchodzić w drogę. Moje wątpliwości wzbudził jedynie estetyczny detal, czyli oczy Deadpoola, gdy zdejmuje maskę – wypełnia je pustka, podczas gdy u poprzednich rysowników prezentowano je względnie normalnie. Momentami Wade wygląda przez to bardziej głupkowato – i zombiakowato – niż powinien.

Nawet, jeśli początek Was nie powalił, to warto dać serii szansę. W dalszych tomach znajdziecie historię, która wynagrodzi wszelkie wątpliwości, zaś po drodze doświadczycie przyjemnej akcji i fajnego humoru. Jest spora szansa, że mimo wad, każdy kolejny album pisany przez Duggana i Posehna zwyczajnie umili Wam dzień.

layers
Poprzedni

Layers of fear i inne oblicza wirtualnej grozy

Zwierzogród
Następny

Zwierzogród - czarny kryminał od Disneya [recenzja] [animacja]

Hubert Sosnowski

Hubert Sosnowski

Rocznik 1991, zodiakalny bliźniak, który raz nie może usiedzieć w miejscu, a kiedy indziej zaszywa się w swojej pieczarze. Z tego tytułu znajduje czas zarówno, na wyżywanie się na macie, jak i wycieczki w świat filmów, książek, komiksów, gier, larpów i muzyki, a czasem nawet i w otchłań studiów. Opublikował parę tekstów tu i tam, w "Science Fiction Fantasy i Horror", "LiteRacjach" oraz w portalach internetowych. Od 2014 regularnie publikuje w Dzikiej Bandzie.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz