KOMIKS 

Dylan Dog: Golkonda! Piąta pora roku [recenzja]

Które to już u nas podejście do „Dylana Doga”? Z jednej strony należy skakać z radości, bo oto  publikacji przygód detektywa mroku podjął się nowy wydawca. Z drugiej, w głowie polskiego fana serii tkwi bolesna świadomość. Jaka? Otóż biorąc pod uwagę częstotliwość wydawania komiksu we Włoszech, jest mało prawdopodobne, że kiedykolwiek będziemy mogli poznać ją w całości.

W momencie, gdy Egmont kilkanaście lat temu startował z „Dylanem Dogiem”, seria jawiła się jako niezobowiązująca, pełna popkulturowych cytatów zabawa. Owszem, wciąż taką ją znajduję, ale im dalej w las, tym bardziej kolejne, przeczytane historie wzmagają mój podziw dla ich twórców. Nie wiem, jakie są źródła selekcji „Dylana Doga” na polski rynek. Może wybrano już wszystkie najlepsze i najciekawsze albumy, a reszta to zwykła sieczka? Nie, w coś takiego nie uwierzę. Na podstawie tych kilkunastu wydanych u nas komiksów śmiem twierdzić, że we włoską  serię o angielskim detektywie specjalizującym się w sprawach paranormalnych wtłoczono to, co najistotniejsze z olbrzymich pokładów światowej popkultury. Być może wystarczyłoby przeczytać w swoim życiu jedynie „Dylana Doga” i na temat popkultury wiedziałoby się wszystko. Czyżby „Dylan Dog” miał ambicje być rodzajem dzieła absolutnego?

W takim przeświadczeniu pozostawił mnie już jakiś czas temu ostatni, wydany przez Egmont tytuł -„Morgana. Opowieść o nikim”, który był przytłaczającym wręcz, podanym w surrealistycznym sosie popkulturowych motywów tripem. W „Golkondzie!” i „Piątej porze roku” twórcy w dużej części powtarzają ów zabieg, ale tym razem wykonanie, dzięki dużej dawce czarnego humoru jest bardziej przyjazne czytelnikowi. Przywodzi z pewnością filmowe skojarzenia, jest tu sporo nawiązań do estetyki Luisa Bunuela, Davida Lyncha i pokrewnych im twórców. Częściej niż poprzednio zaliczamy bliskie spotkania z absurdalnym humorem, partnerującego Dylanowi Groucho. W komiksie oglądamy też sceny, które w filmowym wydaniu zyskałyby natychmiast kategorię wiekową R. Ale to nie wszystko. W drugim tomie twórcy raczą nas niespodziewanie formą szkatułkowej opowieści, prezentując nawiązujące do pór roku, klimatyczne, refleksyjne historie, po części ocierające się o gatunek science-fiction. Poza tym, wydane w jednym albumie dwie części komiksu są mocno ze sobą powiązane i jako recenzent chyba po raz pierwszy mam poczucie, że nie powinienem zdradzać meandrów fabuły. Akurat w tym przypadku lepiej będzie, by czytelnik odkrywał ją sam. Nie chcę zdradzać czym jest Golkonda, skąd na ulicach Londynu wzięli się beznamiętni, okrutni panowie w melonikach (z obrazów Rene Magritte’a?) i co wydarzyło się później. Na pewno na długo pozostanie mi w pamięci obraz olbrzymiego, zakończonego mackami oka jadącego na rowerze. Zapamiętam również, żeby przypadkiem nigdy nie wybrać numeru telefonu, który połączyłby mnie z piekłem. To jest właśnie cały „Dylan Dog”. Choć tęsknię trochę za bardziej konwencjonalną, mniej surrealistyczną historią o detektywie mroku, to z pewnością obrazy z „Golkondy!” i „Piątej pory roku” długo będą mnie prześladować. Na szczęście to ten rodzaj prześladowania, którego miłośnicy popkultury raczej nie powinni unikać.

Adler 21
Poprzedni

Robert Adler - cyberpunk, humor i cycki [galeria NSFW]

Rebelka 31
Następny

Jakub Rebelka - surrealistyczne fantasy i science fiction [galeria]

Tomasz Miecznikowski

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki", jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz