KOMIKS 

Fight Club 2 #1 – ten przerażający Tyler Durden [recenzja]

Dziewiętnaście lat temu „Fight Club” doskonale wyszydził nowoczesną, konsumencką kulturę, pokazał jak poprzez chaos i destrukcję można uratować świat i przypadkiem stał się symbolem maczyzmu. Czy w dzisiejszych czasach potrzebny nam drugi Fight Club? Czy Palahniuk będzie w stanie ponownie oczyścić przynajmniej tę część społeczeństwa, która go czyta?

Teraźniejszy Durden to już nie ten sam szalenie charyzmatyczny i jednocześnie przerażający gość. Teraz jest już tylko przerażający.

Niektórzy wyimaginowani przyjaciele nigdy nie odchodzą. O ile w filmowej adaptacji Davida Finchera Tyler Durden został „pokonany” przez Narratora, a operacja Masakra doszła do skutku, o tyle w powieści autor dał nam wyraźnie do zrozumienia, że szalone alter ego bohatera ma się całkiem dobrze. Hop, i przeskakujemy dziesięć lat do przodu. Narrator nazywa siebie Sebastianem, ma dziewięcioletniego syna i mentalnie znajduje się w tym samym miejscu, w którym go poznaliśmy na początku książki z 1996 r. Wrócił do nawyku kolekcjonowania mebli z Ikei, ma stałą pracę i wydaje mu się, że jest szczęśliwy. Od wydarzeń na dachu wieżowca Parkera-Morrisa, po których trafił do psychiatryka, wspomaga się dziesiątkami tabletek hamujących rozszczepienie jaźni. Problem w tym, że Sebastian na prochach jest totalnym nudziarzem, a jego żona, Marla, która w tajemnicy wciąż uczęszcza na grupy terapeutyczne, tęskni za Tylerem, dawnym życiem i dobrą zabawą.

Tyler w końcu wychodzi z cienia, okazuje się też, że w ciągu tych dziesięciu lat wychodził z niego częściej niż można by przypuszczać. Jednak teraźniejszy Durden to już nie ten sam szalenie charyzmatyczny i jednocześnie przerażający gość. Teraz jest już tylko przerażający. Zachowuje się jak rasowy złoczyńca, a przy tym wtłacza plan, którego celem jest nie kto inny jak Sebastian.

Po lekturze pierwszego zeszytu można odnieść wrażenie, że Palahniuk serwuje nam małą powtórkę z rozrywki, a przynajmniej opowieść osadzoną na tym samym szkielecie. Można to uznać zarówno za wadę jak i zaletę, niemniej faktem jest, że czyta się to bez zgrzytów. Pisarz bez problemu odnalazł się w materii komiksu i z podobną siłą operuje swym dosadnym językiem i specyficzną narracją. Jeszcze za wcześnie wyrokować, czy będziemy mieli do czynienia z kolejną błyskotliwą satyrą, tym razem na terroryzm i związki małżeńskie, czy tylko z pisaną na siłę kontynuacją bez większych spostrzeżeń. W każdym razie jest w „Fight Clubie 2” potencjał do wykorzystania, a jeśli nawet się zmarnuje to pozostaną nam fantastyczne rysunki Camerona Stewarta, który odcina się od wizualnej estetyki filmu Finchera, obierając zupełnie inną, ale równie ciekawą drogę.

20th Century Fox
Poprzedni

„Trzej muszkieterowie”, czyli to już nie wróci

Hachette
Następny

Początki Marvela. Lata sześćdziesiąte - fabularne suchary i przebłyski geniuszu [recenzja]

Paweł Deptuch

Paweł Deptuch

Miłośnik komiksów, scence-fiction, pulpy i kryminału. W latach 2004-2010 redaktor naczelny serwisu Carpe Noctem. Współpracował m.in. z Bicepsem, Czachopismem, Ziniolem, Kolorowymi Zeszytami, a swego czasu prowadził stałe kolumny związane z fantastyką w lokalnych periodykach. Od 2006 r. stały współpracownik miesięcznika Nowa Fantastyka. Autor kilku scenariuszy komiksowych i opowiadań. Legniczanin. Tata.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz