KOMIKS 

Fire and Stone #1: Prometeusz – udany powrót na LV-223 [recenzja]

Opowieść “Fire and Stone”, która rozegra się na łamach pięciu albumów z udziałem Inżynierów, Obcych i Predatorów, to zupełnie nowy, fascynujący rozdział we franczyzie stworzonej przez Ridleya Scotta, Jamesa Camerona i Johna McTiernana.

Kulisy powstania “Fire and Stone” można nazwać efektem Gwiezdnych Wojen (o szczegółach przeczytacie w tekście “Alien i Predator wracają do łask”), które stały się trybem wprawiającym w ruch spójne i jednolite uniwersum największych kosmicznych drapieżców. Dzięki umowie z 20th Century Fox każdy komiks z udziałem Obcych, Predatorów i Inżynierów będzie kanoniczny względem filmowych inkarnacji tych bohaterów. To bardzo dobra wiadomość dla fanów, tym bardziej, że wcześniejsze komiksowe opowieści dość swobodnie podchodziły do materiałów źródłowych, a jakościowo prezentowały się bardzo różnie. Nie da się też zaprzeczyć, że potencjał tego mrocznego i ponurego uniwersum wciąż jest ogromny.

“Fire and Stone: Prometeusz” pomimo kilku widocznych wad jest interesującą pozycją, która podąża w zupełnie innym kierunku niż filmowy pierwowzór.

Cykl wydawniczy rozpoczyna “Prometeusz” Paula Tobina (“Wiedźmin: Dom ze szkła”) będący bezpośrednią kontynuacją filmu Ridleya Scotta pod tym samym tytułem. Jednak uwaga scenarzysty nie skupia się na dalszych losach dr Shaw, syntetyka Davida i ich podróży w poszukiwaniu kolebki Inżynierów, a na zupełnie nowej załodze, która przybywa na LV-223 z misją odzyskania bezcennych danych. Na przestrzeni stu trzydziestu lat, jakie minęły od wizyty Weylanda i jego ludzi na tym księżycu, zaszło na nim mnóstwo nieoczekiwanych zmian. Lekkie i przyjemne zadanie szybko więc przeradza się w szaleńczą walkę o przetrwanie, a charakter misji okazuje się być nie do końca taki, jak w oficjalnym oświadczeniu.

Czytając “Fire and Stone: Prometeusz” można odnieść wrażenie, że drugi raz wchodzimy do tej samej rzeki. Szkielet fabuły jaką przygotował Tobin – scenarzysta, który zamiast odkrywać nowe ścieżki woli uczęszczać utartymi, bezpiecznymi szlakami – jest bliźniaczo podobny do tej z filmu i powiela nawet kilka jego patentów (irracjonalne zachowanie bohaterów, brak wiodącej postaci, tajemniczy syntetyk). Niemniej znacznie więcej tu logiki na poziomie emocjonalnym, a atmosfera jest gęstsza i bliżej jej do tej z “Obcego: Decydujące starcie” niż tej z “Prometeusza”. Tobin postawił na grozę i budowanie napięcia, a zrezygnował ze spektakularnych i głupich zwrotów akcji, co tytułowi zdecydowanie wyszło na dobre. Poza tym ładnie nawiązał do LV-426 (wątek ten zostanie pociągnięty w kolejnym albumie “Fire and Stone: Aliens”) i porozrzucał kilka intrygujących tropów, które w dalszych częściach mogą się ciekawie rozwinąć.

Za rysunki w albumie odpowiada Juan Ferreyra, który na polu kreacji odwalił kawał wyśmienitej roboty. Stworzył osobliwą, hipnotyzującą faunę i florę, która jest zgrabnym połączeniem oryginalnego stylu H.R. Gigera z tym co w filmie Scotta zaprojektował Arthur Max. Efekt końcowy naprawdę cieszy oczy. Jedyny minus jego pracy są postacie, w wielu ujęciach z mangowymi rysami i przejaskrawionymi emocjami, które niekiedy wydają się być wyjęte z innej bajki i po prostu nie pasują do mrocznej i dusznej atmosfery opowieści.

“Fire and Stone: Prometeusz” pomimo kilku widocznych wad jest interesującą pozycją, która podąża w zupełnie innym kierunku niż filmowy pierwowzór. Sprawnie opowiedziana i ładnie narysowana będzie gratką dla miłośników uniwersum Aliena, zwłaszcza, że jest dopiero wstępem do znacznie bardziej rozbudowanej opowieści. A jeśli wcześniej nie czytaliście komiksów z tej franczyzy i nie oglądaliście filmów, to cóż… właśnie nadarza się doskonała okazja aby to nadrobić.

Netflix
Poprzedni

Marseille - nuda, sztampa i trochę golizny [recenzja]

Serpieri DB
Następny

Paolo Eleuteri Serpieri - Druuna, seks i postapokalipsa [galeria NSFW]

Paweł Deptuch

Paweł Deptuch

Miłośnik komiksów, scence-fiction, pulpy i kryminału. W latach 2004-2010 redaktor naczelny serwisu Carpe Noctem. Współpracował m.in. z Bicepsem, Czachopismem, Ziniolem, Kolorowymi Zeszytami, a swego czasu prowadził stałe kolumny związane z fantastyką w lokalnych periodykach. Od 2006 r. stały współpracownik miesięcznika Nowa Fantastyka. Autor kilku scenariuszy komiksowych i opowiadań. Legniczanin. Tata.

1 Comment

  1. naz
    2016-05-28 at 23:42 — Odpowiedz

    70%!!! Dla tego GNIOTU??!!! Jezusie, oczu Pan nie masz? Budowanie napięcia? Gdzie? po kilku stronach mamy bezsensowną rzeźnie, kalki filmów, zero oryginalności i potem co gorsza jakieś zupełnie absurdalne pomysły z „mutantem”… Bosze, widzisz i nie grzmisz…

Dodaj komentarz