KOMIKS 

Guliweriana – Manary romans z literaturą [recenzja]

Znany z subtelnej kreski, włoski mistrz komiksu erotycznego, Milo Manara, sięga po klasykę literatury przygodowej i przerabia ją na modłę lekkiej, zabawnej i zmysłowej opowiastki.

“Podróże Guliwera” Jonathana Swifta to jedna z najpopularniejszych powieści podróżniczych, która jednocześnie jest parodią tego gatunku. Łączy w sobie elementy satyry, bajki dla dzieci i science fiction, zabawnie polemizuje z “Robinsonem Crusoe” Daniela Defoe, nabija się z ówczesnego podejścia do nauk matematycznych i przyrodniczych oraz krytykuje zdegenerowaną kulturę europejską. Sam George Orwell, autor “Folwarku zwierzęcego” i “Roku 1984”, zaliczał ją w poczet swoich ulubionych książek. Ta wieloznaczność i wielopoziomowość utworu nadaje mu uniwersalnego charakteru i sprawia, że wielu twórców do dziś czerpie z niego inspiracje. Po elementy powieści Swifta chętnie sięgali Bradbury, Asimov, Kubrick, Miyazaki czy Dick, a samą książkę adaptowano niezliczoną ilość razy na wszelkie możliwe media. “Guliweriana” Manary to jedna z wielu trawestacji, mocno spłaszczona w wymowie, ale jakże miła dla oka.

Tytułowa bohaterka to ponętna uczennica lubująca się w nagich kąpielach słonecznych. Gdy na materacu wyrusza aby zażyć jedną z nich, przypadkiem trafia na opuszczony okręt, na którym znajduje egzemplarz książki Swifta. Lektura dzieła angielskiego klasyka staje się dla dziewczyny początkiem surrealistycznej podróży. Manara zgrabnie wykorzystuje wątki z powieści na potrzeby snucia lekko erotycznej historii. Nie skupia się jednak na niuansach jakie serwował Swift, a fabułę “Podróży Guliwera” używa jako pretekstu do zaprezentowania frywolnych zachowań i niewątpliwych wdzięków bohaterki w różnych sytuacjach. Jednak w kilku przypadkach nawet całkiem zabawnie pogrywa sobie z oryginałem, np. w scenie ratowania królowej Liliputów, lub gdy bohaterka trafia do utopijnej krainy mądrych, gadających koni, które autor degraduje do roli napalonych ogierów, czy też w scenach na podniebnej wyspie Laputa zamieszkiwanej przez matematyków-impotentów i rozwiązłe artystki-lesbijki.

“Guliweriana” jest więc ostatecznie bardzo prsotą opowiastką, ale przecież w autorskich komiksach Manary nie o fabuły chodzi a o piękne rysunki. Artysta nie szczędzi bohaterce czasu i w kolejnych następujących po sobie planszach poznajemy ją bardzo szczegółowo, z każdej możliwej strony i perspektywy, w wielu ładnie nakreślonych plenerach. Tym co odróżnia ten album od innych dzieł włoskiego malarza, to znacznie większa ilość całostronicowych kadrów, które z powodzeniem mogłyby przyozdobić ściany niejednej galerii, nie tylko sztuki erotycznej. “Guliweriana” to jakieś piętnaście minut w pełni rozrywkowej lektury i nieskończona ilość czasu na zgłębianie detali poszczególnych plansz.

Taurus Media
Poprzedni

Black Science #3: Niejednoznaczność wzorca - zmęczenie materiału [recenzja]

Wieczny Batman
Następny

Wieczny Batman #1 - Syndrom komputerowej serii Arkham [recenzja]

Paweł Deptuch

Paweł Deptuch

Miłośnik komiksów, scence-fiction, pulpy i kryminału. W latach 2004-2010 redaktor naczelny serwisu Carpe Noctem. Współpracował m.in. z Bicepsem, Czachopismem, Ziniolem, Kolorowymi Zeszytami, a swego czasu prowadził stałe kolumny związane z fantastyką w lokalnych periodykach. Od 2006 r. stały współpracownik miesięcznika Nowa Fantastyka. Autor kilku scenariuszy komiksowych i opowiadań. Legniczanin. Tata.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz