KOMIKS 

Jessica Jones: Alias #1 – porządna detektywistyczna opowieść [recenzja]

Jessica Jones stała się niebywale znaną postacią dzięki bardzo udanemu serialowi stacji Netflix. Nic więc dziwnego, że Mucha Comics zaproponowała nam komiks, o który rzecz oparto, czyli „Alias” Briana Michaela Bendisa.
Bendis rozpoczął małą rewolucję i już choćby z tego tytułu komiks zasługuje na uwagę.

Tomiszcze rozpoczyna się podobnie jak serial, choć póki co wiedzie w inne rejony i nie uświadczymy na przestrzeni pierwszych dziewięciu zeszytów Killgrave’a. Co otrzymamy w zamian? Porządny, doprawiony szczyptą polityki kryminał. Cóż, nie da się uniknąć takiego wydźwięku, kiedy na horyzoncie intrygi zamajaczył pierwszy harcerz Wuja Sama z flagą na tarczy. Sprawa, jaką dostaje Jessica Jones, niegdyś Jewel, członkini Avengers, kręcić się będzie wokół zabójstwa kobiety, z której domu wybiegł Kapitan Ameryka. Fakt, że pani detektyw znajduje się w posiadaniu materiałów, mogących zniszczyć sekretną tożsamość przywódcy Mścicieli nie ułatwia niczego. A to dopiero początek problemów. Oraz dopiero pierwsze z dwóch śledztw, jakie uświadczymy w tym tomie.

„Alias” Bendisa klimatem i porządną detektywistyczną opowieścią stoi. Scenarzysta nigdzie się nie śpieszy i spokojnie prowadzi narrację przez ulice Nowego Jorku.

To przyzwoita historia, która przeciąga nas przez rozmaite brudy wielkiego miasta, pokazuje ponure otoczenie oraz upodloną, zgorzkniałą bohaterkę, która obok heroizmu stała bardzo dawno. Jej wędrówka i śledztwo ukazują społeczne doły, zwykłych, bezradnych ludzi, którzy wyczyny super herosów oglądają co najwyżej przed telewizorem, sami zaś pozostają pogrążeni w beznadziei codzienności. Tworzy to ciekawy kontrast z typową heroiczną nawalanką, gdzie mocarze przywdziewają obcisły spandex i ruszają do boju o ratowanie świata. Tutaj ukazani są jako odległe pomniki, które rzadko mają coś wspólnego ze sprawami zwykłych śmiertelników. Zwroty akcji może nie powalają odkrywczością, ale przyjemnie dopełniają całość i podkręcają wydźwięk.

Obskurność i przyziemność podkreśla kreska Michaela Gaydosa. Artysta zafundował czytelnikom brudne, ciężkie szkice, brzydkie zamierzoną brzydotą. W połączeniu ze specyficznym, intensywnym kadrowaniem buduje to niesamowity nastrój, ale wymaga też czasu, by się przyzwyczaić. Służy wręcz za informację, że nie jest to komiks dla każdego.

Warto dodać, że Jessica Jones wyważyła drzwi i otworzyła drogę dla niegrzecznego oblicza komiksów Marvela, pełnego przemocy, przekleństw i seksu. Innymi słowy – Bendis rozpoczął małą rewolucję i już choćby z tego tytułu komiks zasługuje na uwagę.

O Bendisie można mówić różnie. Pracuje w tempie przemysłowym, więc nowsze historie wychodzą bardzo różnie, a i ciekawe pomysły wyjściowe chyba powoli mu się kończą („Civil War II”, na Ciebie patrzę). Niemniej, takich dokonań jak Alias nikt mu nie odbierze.

Wrecked_poster_goldposter_com_1
Poprzedni

Wrecked - kpina z "Zagubionych" [recenzja]

J.P. Fantastica
Następny

Blame! tom 1 - architektoniczne porno [recenzja]

Hubert Sosnowski

Hubert Sosnowski

Rocznik 1991, zodiakalny bliźniak, który raz nie może usiedzieć w miejscu, a kiedy indziej zaszywa się w swojej pieczarze. Z tego tytułu znajduje czas zarówno, na wyżywanie się na macie, jak i wycieczki w świat filmów, książek, komiksów, gier, larpów i muzyki, a czasem nawet i w otchłań studiów. Opublikował parę tekstów tu i tam, w "Science Fiction Fantasy i Horror", "LiteRacjach" oraz w portalach internetowych. Od 2014 regularnie publikuje w Dzikiej Bandzie.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz