KOMIKS 

Juan Solo 1: Spluwysyn/Psy władzy – morderca, wyrzutek… święty? [recenzja]

Kiedy wyobraźnia Alejandro Jodorowsky’ego musi poruszać się w ziemskich realiach zamiast w bezkresie kosmosu, wychodzą z tego dzieła wciąż epatujące okrucieństwem, ale przynajmniej zwarte fabularnie. Juan Solo to bezkompromisowa, mroczna wizja – gdyby powstała na jej podstawie wierna ekranizacja, natychmiast zostałaby okrzyknięta okrutną, bluźnierczą i pewnie zakazano by jej wyświetlania w  niejednym kraju.
W zbudowaniu mrocznego, dzikiego wręcz klimatu opowieści pomagają w olbrzymim stopniu rysunki Georges’a Bessa, współpracującego wcześniej ze scenarzystą przy „Białym Lamie”.

Juana Solo mógłby zagrać w takiej ekranizacji młodszy o te dwadzieścia kilka lat Nicolas Cage. W pewnym sensie już go kiedyś zagrał. Energia, która wręcz bije z komiksu, bardzo przypomina tę, która porażała kiedyś przy pierwszym spotkaniu z „Dzikością serca” Davida Lyncha. Juan Solo przypomina bowiem granego przez Cage’a Sailora, choć na razie w komiksie nie ma słowa o jakiejś tam miłości. W wydanym przez Scream Comics albumie zebrano jak na razie dwa tomy serii, z tworzących komplet czterech części. Dlatego też musimy jeszcze poczekać na rozwiązanie wprowadzającej w fabułę sceny, w której tytułowy bohater jest z własnej woli ukrzyżowany przez towarzyszących mu potomków południowoamerykańskich Indian i w takim stanie pozostawiony w samotnie na pustkowiach. A zaraz po tych kilku wprowadzających w historię planszach, zaglądamy w przeszłość Juana Solo – do samych początków.

Gdzieś w fikcyjnym państwie z Ameryki Południowej, na wysypisku śmieci, karzeł transwestyta (!) znajduje porzucone niemowlę. Prawdopodobną przyczyną porzucenia dziecka wydaje się być fakt, że posiada ono… ogon. Karzeł, nazywający się wdzięcznie Połówką,  na skutek deformacji niemowlęcia czuje z nim rodzaj duchowego pokrewieństwa i zabiera je ze sobą na wychowanie. Kiedy Połówka opuszcza padół ziemski w iście wybuchowym stylu, mały Juan, z nieodłącznym pistoletem (brawa dla tłumacza, za dodany chyba w ostatnim  momencie przed drukiem neologizm w tytule pierwszego tomu – „Spluwysyn”), zbiera wokół siebie bandę młodocianych towarzyszy. Razem dorastają i razem dokonują coraz to bardziej zuchwałych przestępstw. Kiedy zmawiają się w końcu na przygotowany precyzyjnie skok na willę samego premiera, Juan pokazuje, że ma znacznie większe ambicje niż przebywanie z kumplami ze slumsów. To, w jaki sposób trafia ostatecznie w szeregi złożonej z bandy degeneratów osobistej ochrony premiera, pozbawia nas złudzeń co do samego charakteru bohatera i dalszego rozwoju fabuły. Już wiemy, że będzie bez litości, bez hamulców i na pewno nie w hollywoodzkim stylu.

W zbudowaniu mrocznego, dzikiego wręcz klimatu opowieści pomagają w olbrzymim stopniu rysunki Georges’a Bessa, współpracującego wcześniej ze scenarzystą przy „Białym Lamie”. Można je określić mianem ekspresyjnego realizmu, twórca nie stawia na szczegółowość, nie bawi się w precyzyjne oddanie detali tła, tylko uderza w nas mocą pierwszego planu – miejscami ma się wrażenie, jakby musiał siłą sprawować kontrolę nad wyrywającą się spod mocy artysty kreską. To, plus jeszcze paleta prawdziwie halucynogennych barw sprawiają, że od komiksu trudno oderwać oczy. Tej mocy, tej grozy, takiego rodzaju dopełnienia brakowało trochę w pokrewnych tematycznie i rozgrywających się przecież w tych samych realiach, doskonałych, tegorocznych produkcjach filmowych, „Sicario” i  „Narcos”. Kto by przypuszczał, że właściwy ton w tych krwawych, okrutnych gawędach z Ameryki Południowej znajdziemy akurat w komiksie? Być może stało się tak dlatego, że twórcy „Juana Solo” dołożyli jeszcze od siebie, jak się okazało nieodzowne w tej mrocznej wizji, mitologiczne i biblijne odniesienia. To dzięki nim „Juan Solo” nabrał wyższego wymiaru, stając się z na poły sensacyjnej, na poły westernowej fabuły rodzajem – rzecz jasna podanym w stylu Alejandro Jodorowsky’ego – moralitetu.

AMC
Poprzedni

Into the Badlands - postapokalipsa kung-fu [recenzja]

New Line Cinema
Następny

„Władca pierścieni” czyli koło życia

Tomasz Miecznikowski

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki", jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz