KOMIKS 

Juan Solo 2: Ciało i Trąd/Święty Łajdak – za garść diamentów [recenzja]

Idea wydawnictwa Scream Comics, aby niektóre serie komiksowe prezentować w formie dyptyków, akurat w przypadku „Juana Solo” sprawdza się znakomicie. W pierwszym z nich mieliśmy okazję prześledzić drogę tytułowego bohatera na szczyty kariery. Za to w drugim i zarazem ostatnim dyptyku, twórcy opisują historię jego upadku.
„Juan Solo” jest chyba najbardziej konsekwentnym w formie i przekazie komiksem Jodorowsky’ego. Psychologia? Wiarygodność postaci i wydarzeń? Nie, zadając takie pytania pukamy w niewłaściwe drzwi.

O odmiennym charakterze obu dyptyków świadczą również same okładki albumów. Pamiętając wizerunek pewnego siebie, brawurowego Juan Solo ze „Spluwysyna” i „Psów władzy” możemy przeżyć rodzaj szoku na widok okładek z albumów kończących serię. Wydawca zdecydował, że na froncie zobaczymy tę z czwartego tomu, czyli kończącego historię wymyśloną przez Alejandro Jodorowsky’ego, „Świętego łajdaka”. Juan Solo nie przypomina na niej samego siebie, widzimy zarośniętego, przygaszonego mężczyznę w kapłańskim stroju w jakiej zabiedzonej kapliczce, ale warto tu zwrócić uwagę na ciekawe detale – jak choćby cień głównego bohatera na murowanej ścianie. Jeszcze większe wrażenie robi okładka tomu trzeciego, „Ciało i Trąd”, na której widzimy półleżącego Juana w chlewie, wśród świń, z butelką w dłoni, najpewniej kompletnie pijanego i upodlonego. Oto jak skończył król życia z energetycznych, dwóch pierwszych albumów.

Choć przecież koniec już właściwie znamy. Powinniśmy pamiętać procesję z pierwszych plansz „Spluwysyna”, podczas której bohater zostaje przytwierdzony do krzyża i pozostawiony samotnie na pustyni. Tak naprawdę łatwo o tej sekwencji zapomnieć – następujące po niej przedstawienie kolejnych, krwawych losów Juana Solo od wczesnego dzieciństwa, skutecznie wymazuje z pamięci czytelnika te pierwsze obrazy. Mordując i zdradzając bohater pnie się na szczyt i w tym zapamiętaniu zupełnie nie ma czasu choćby na chwilę refleksji – bo jakiż to w zasadzie szczyt? Poważanie wśród podobnych mu zakapiorów? Bycie głównym ochroniarzem premiera? Drogi samochód i markowe ubrania? A może złudna w rezultacie świadomość, że nie istnieje przeciwnik, z którym by sobie nie poradził? Bo tak jak każdy z nas, Juan Solo jest jedynie człowiekiem i w końcu musi zetrzeć się z najgroźniejszym przeciwnikiem – zwykłą rzeczywistością. A z takiego starcia raczej nikt nie jest w stanie wyjść zwycięsko.

W pierwszym dyptyku pożegnaliśmy Juana, kiedy został osobistym ochroniarzem Laury, pięknej żony premiera i jego czternastoletniego syna Lucho. Kobieta natychmiast wykorzystała swoje wdzięki i zaciągnęła bohatera do łóżka. W drugim dyptyku mamy kontynuację tego wątku, Laura okazuje się wiecznie nienasyconą kobietą, a Juan Solo chcąc nie chcąc, za każdym razem jej ulega. Laura kusi, Laura knuje, obdarowuje kochanka najpierw jedwabnymi krawatami i nęci bogactwem w postaci kupki diamentów. A dosłownie chwilę później wszystko nagle się wali, miłosne igraszki okazują się prowokacją, wraca premier z obstawą, przyłapuje kochanków i dochodzi do konfrontacji, tyle że nie tylko fizycznej. Rozsiewane tu i ówdzie przez scenarzystę biblijno-mitologiczne tropy ulegają eskalacji i w tym miejscu zaczyna się opowieść o upadku bohatera, który właśnie przegrał starcie z rzeczywistością. Juan Solo razem z Laurą (i jeszcze z kimś raczej niespodziewanym) uciekają z posiadłości, a wkrótce ich tropem podążają ludzie z obstawy premiera pod wodzą jego nieletniego syna. W ten sposób rozpoczyna się droga na dno Juana Solo, która jeśli przypomnimy sobie  początek pierwszego tomu, zakończy sie na krzyżu. Czy upadający bohater zdoła znaleźć w ten sposób odkupienie?

„Juan Solo” jest chyba najbardziej konsekwentnym w formie i przekazie komiksem Jodorowsky’ego. Psychologia? Wiarygodność postaci i wydarzeń? Nie, zadając takie pytania pukamy w niewłaściwe drzwi. Jodorowsky to ożywione symbole, to zabawa archetypami oraz obecnymi od dawien dawna w sztuce i religiach świata motywami. W przypadku „Juana Solo” ta zabawa udała mu się nad wyraz dobrze. Z pozoru to słowo – zabawa- nie do końca może pasuje do charakteru tej historii, ale w rzeczywistości ta opowieść niczym innym nie jest. Zabawą archetypami, dzikim tańcem odwiecznych motywów, ożenieniem sacrum z profanum i metaforą ludzkiego życia, które jest igraszką w rękach bezlitosnego losu. Jodorowsky nie ma zamiaru wnikać w psychologię postaci. Przy pomocy tworzącego ekspresyjne rysunki Bessa daje nam sceny, które czasem więcej mówią o kondycji człowieka niż opasłe tomy wielkich pisarzy. Opowiada o tym, jak na skutek nieprzewidzianych okoliczności mogą dewaluować się wszelkie wartości – i duchowe, i materialne. Jak nisko musi upaść bohater, by na pustyni kupić butelkę wódki za wartą majątek garść diamentów? O tym możemy przekonać się czytając ostatnią odsłonę „Juana Solo”. Ale przecież nie tylko o tym – co dobitnie uświadamiamy sobie przewracając ostatnią stronę komiksu.

The_Family_TV_Series-978567872-large
Poprzedni

The Family - dramat tabloidowy [recenzja]

Novae Res
Następny

Interregnum tom 1 - polskie archiwum X [recenzja]

Tomasz Miecznikowski

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki", jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz