KOMIKS 

Kong the King – Dziki się dziwi [recenzja]

Nieme komiksy przypuszczają cichy szturm na polskich czytelników. Niedawno pisaliśmy o „Najdłuższym dniu przyszłości”. Dziś bierzemy na warsztat kolejne dzieło pozbawione dymków – „Kong the King” Osvaldo Mediny.
W samych kadrach i kolorach kryje się wielki ukłon do klasycznego „King Konga” z 1933. Niektóre sceny i całe sekwencje wyglądają jak żywcem wyjęte z dawnego hitu. Jedynie ich wydźwięk zmienia się na bardziej pozytywny.

Jeśli tytuł kojarzy się Wam z historią o wielkiej małpie, to jesteście w domu. Prawie. Zawiązanie akcji wygląda podobnie. Na teoretycznie bezludną wyspę przypływa filmowa ekipa, uzbrojona w paru marynarzy, pazernego reżysera i gwiazdę-sexbombę. Podczas zdjęć ta ostatnia zostaje napadnięta przez jadowitą gadzinę z ciekawością na ludzkie mięso. Kobietę ratuje tajemniczy olbrzym. Nie jest jednak gorylem o rozmiarach willi z basenem, lecz sympatycznym, przerośniętym dzikusem, który rozumie więcej, niż się zdaje. Reżyser dostrzega w nim szansę na zarobek – i natychmiast namawia do wspólnego wyjazdu.

Osvaldo Medina  sprezentował nam nieskomplikowaną opowiastkę o dzikusie w wielkim mieście. Taką, która mówi, co jest ważne – a co stanowi tylko miły i ładny, ale pusty dodatek. Perspektywa człowieka związanego z naturą wzmacnia ten przekaz. Podróż tytułowego Konga po mieście, planie filmowym, walkach i wszystkich miejscach, w których ktoś na obecności dzikiego chce zarobić to droga przez świątynię hipokryzji i chciwości. Czasem ktoś chce jednak zrobić tu coś dobrego. Główny bohater odnajduje jednak ciepło, życzliwość i sympatię pośród zakłamania.

Album kupił mnie z marszu przesympatyczną oprawą. Rysunki są ciepłe, przyjemne i prezentują postacie, których nie da się nie lubić. Kong to swój chłop z nieco może naiwnym, ale mądrym spojrzeniem. Medina świetnie rysuje też miasto i kobiety. To pierwsze przytłacza, artysta z pomocą paru kresek pokazuje cały brud betonowej dżungli. Płeć piękna, choć pokazana kreskówkowo, błyszczy naturalnym wdziękiem – lub wyuczonym, gwiazdorskim seksapilem, zależnie od wrażenia, jakie autor chciał wywołać.

W samych kadrach i kolorach kryje się wielki ukłon do klasycznego „King Konga” z 1933. Niektóre sceny i całe sekwencje wyglądają jak żywcem wyjęte z dawnego hitu. Jedynie ich wydźwięk zmienia się na bardziej pozytywny.

„Kong the King” jest komiksem prostym i pełnym uroku. Może idealnie umilić szare, jesienne popołudnie.

W.A.B.
Poprzedni

Londyn. Przewodnik Pop!kulturowy - tropem kultury w Londynie [recenzja]

Caliber Media Company
Następny

Bone Tomahawk – diabeł tkwi w szczegółach [recenzja] [film] [western] [horror]

Hubert Sosnowski

Hubert Sosnowski

Rocznik 1991, zodiakalny bliźniak, który raz nie może usiedzieć w miejscu, a kiedy indziej zaszywa się w swojej pieczarze. Z tego tytułu znajduje czas zarówno, na wyżywanie się na macie, jak i wycieczki w świat filmów, książek, komiksów, gier, larpów i muzyki, a czasem nawet i w otchłań studiów. Opublikował parę tekstów tu i tam, w "Science Fiction Fantasy i Horror", "LiteRacjach" oraz w portalach internetowych. Od 2014 regularnie publikuje w Dzikiej Bandzie.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz