KOMIKS 

Konungowie #1: Najazdy – nordyckie fantasy środka [recenzja] [komiks]

 

Na naszym rynku fantasy wciąż ma się bardzo dobrze. Świadczy o tym chociażby ilość wydawanych co miesiąc książek z tego gatunku i coraz szersza oferta komiksów, którą zasiliła właśnie mini-seria „Konungowie”, czerpiąca garściami z mitologii nordyckiej.
Skandynawskie królestwo Alstavik od dekady trawione jest bratobójczą wojną domową. Naprzeciw siebie stoją porywczy i lekkomyślny Konung Rildig i jego brat, Sigvild, chcący odzyskać prawnie należny mu tron i ocalić swój lud. Niepewne czasy dla krainy będącej pod opieką asgardzkich bogów wykorzystuje celtyckie plemię Mog Ruith, które coraz śmielej poczyna sobie na jej terenach – grabiąc, mordując i zagarniając. Na domiar złego, pokonani dziesięć lat wcześniej centaurowie planują w odwecie krwawą inwazję i najeżdżają słabo strzeżone granice. Spadkobiercy królewskiego tronu muszą teraz zdecydować co jest dla nich ważniejsze: władza czy przetrwanie królestwa, które zagrożone jest całkowitym wymazaniem z map?

„Konungowie” zdają się być przyrządzeni wg sprawdzonego przepisu na klasyczną opowieść środka, która ani niczym szczególnym się nie wyróżnia, ani też specjalnie nie drażni.

Sylvain Runberg znany jest u nas z całkiem oryginalnej serii science fiction, „Orbital”, która choć nie zawojowała czytelnikami, przyjęła się nad wyraz dobrze. Niestety scenarzyście zabawa ze stylistyką fantasy wychodzi znacznie słabiej. „Konungowie”, póki co, zdają się być przyrządzeni wg sprawdzonego przepisu na klasyczną opowieść środka, która ani niczym szczególnym się nie wyróżnia, ani też specjalnie nie drażni. Teoretycznie jest tutaj wszystko co być powinno: estetyka średniowiecza, zwaśnione ludy, bitwy, spiski, odrobina magii i tajemniczości, ale w praktyce całość jakoś nie porywa.

Początek opowieści to jeden wielki chaos informacyjny, w którym przeplatają się równolegle trzy wątki plus retrospekcje. Z czasem świadomość zaczyna sobie z tym radzić, klaruje się pełen obraz świata przedstawionego i jego bohaterów, ale wszystko to wypada dość blado i niemrawo. Brak tu emocji, faktycznego poczucia zagrożenia czy punktu kulminacyjnego, który spowodowałby jakikolwiek wzrost napięcia.

Sytuację odrobinę ratuje debiutujący jako rysownik komiksów, chiński artysta konceptualny, Juzhen, którego ilustracje są połączeniem szkicu ołówkowego i nałożonych nań kolorów z photoshopa. Efekt jest całkiem przyjemny dla oka, a jego kreska to dość ciekawa wypadkowa stylu europejskiego i mangi (co szczególnie widać na przykładzie kobiet), choć zdecydowanie brakuje tutaj tak charakterystycznej dla azjatów dynamiki (rezultat długoletniej pracy nad koncept artami?), a po głębszym przestudiowaniu niektórych paneli widać, że autor czasem nadmiernie popada w uproszczenia, które skrzętnie ukrywa pod warstwą kolorów.

Pierwszy tom „Konungów” to przeciętna opowieść „do kotleta” z ładnymi rysunkami, która świetnie sprawdzi się gdy mamy nadmiar wolnego czasu. Ani specjalnie nie wysili mózgownicy, ani też nie rozdrażni na tyle, aby nie sięgnąć po kolejne części.

HBO
Poprzedni

The Brink - beka z polityków [recenzja]

Disney/Marvel
Następny

Michael Peña - Kochajcie swoje suczki [wywiad]

Paweł Deptuch

Paweł Deptuch

Miłośnik komiksów, scence-fiction, pulpy i kryminału. W latach 2004-2010 redaktor naczelny serwisu Carpe Noctem. Współpracował m.in. z Bicepsem, Czachopismem, Ziniolem, Kolorowymi Zeszytami, a swego czasu prowadził stałe kolumny związane z fantastyką w lokalnych periodykach. Od 2006 r. stały współpracownik miesięcznika Nowa Fantastyka. Autor kilku scenariuszy komiksowych i opowiadań. Legniczanin. Tata.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz