KOMIKS 

Kryzys na nieskończonych ziemiach – coś się kończy, coś się zaczyna [recenzja]

“Kryzys na nieskończonych ziemiach” gruba krechą oddziela brązową erę komiksu od tej współczesnej, a dla gatunku superbohaterskiego jest równie ważny co “Strażnicy” i “Powrót Mrocznego Rycerza”.

Dziś wielkie wydarzenia zmieniające status quo komiksowych uniwersów to zjawisko tak powszechne jak zakupy w marketach. Bardziej służą one windowaniu sprzedaży niż faktycznym zasiewaniu zmian czy likwidowaniu niespójności, a ich częstotliwość jest zatrważająco wysoka. W parze z ilością nie idzie jednak jakość, a kolejne eventy po prostu zaczynają już nużyć i okazują się być niewypałami. Tytułem dającym podwaliny pod ten współczesny proceder był “Kryzys na nieskończonych Ziemiach”, komiks który miał konkretny cel i zrealizował go w stu procentach.

Na początku lat 80. DC Comics przechodziło prawdziwy kryzys. Sprzedaż i zainteresowanie ich komiksami malało, a powodów było kilka. Przez pięćdziesiąt lat tworzenia opowieści w jednym uniwersum sprawiło, że ilość nagromadzonych wątków przytłaczała nie tylko twórców ale i redaktorów, przez co coraz trudniej było zachować spójność. Wiele historii wzajemnie się wykluczało, poszczególni bohaterowie mieli kilka swoich alternatywnych wersji w różnych światach, generalnie wszystkiego było za dużo. A ostatecznie najbardziej cierpieli czytelnicy, ci zaprawieni, którzy również mieli coraz większy problem z ogarnięciem tego chaosu, oraz ci nowi, dla których próg wejścia w świat trykotów często okazywał się niemożliwy do przekroczenia. Tak więc komiksowy “Kryzys…” odzwierciedlał ten realny i został napisany z potrzeby uporządkowania całego tego bałaganu.

Marv Wolfman napisał dwunastoczęściową historię, w której nieznany dotąd wróg niszczy równoległe rzeczywistości za pomocą antymaterii, a niektóre światy próbuje ze sobą zespolić w śmiertelnej koniunkcji. W wyniku tego przenikania bohaterowie z wielu Ziem spotykają się by połączyć siły w walce ze wspólnym przeciwnikiem.

Scenarzysta zaserwował staroszkolną opowieść, w której prym wiodą niekończące się potyczki i bijatyki wynikające z nieporozumień, przepełnioną zbędnymi dialogami i górnolotnymi monologami, częstokroć zapętlającą się i niebywale rozciągniętą w czasie. Z dzisiejszej perspektywy fabuła jest strasznie miałka i ciężkostrawna, a sam komiks ciekawszy jest jednak z punktu widzenia historycznego. “Kryzys na nieskończonych Ziemiach” zamyka bowiem erę pretensjonalnych i naiwnych komiksów superbohaterskich i jednocześnie otwiera furtkę do zupełnie nowej jakości, która pojawiła się w następnym roku wraz z “The Man of Steel” Johna Byrne’a, “Powrotem Mrocznego Rycerza” Franka Millera, “Strażnikami” Alana Moore’a, a nieco później “Batmanem” Alana Granta. “Kryzys…” stworzył twórcom idealne warunki do pracy, wymazał nagromadzone przez pięć dekad nieścisłości i głupoty, i pozwolił zacząć wszystko od nowa. Wolfman, jak na tamte czasy, zrobił to w epickim stylu: wymyślił odpowiedniego łotra, pobudzał ciekawość czytelnika, pozbył się konceptu wieloświatów, ubił wiele znanych postaci, ale do nowopowstałego uniwersum inkorporował bohaterów wykupionych z innych wydawnictw (Blue Beetle, Kapitan Atom, Shazam). Po tym wydarzeniu po raz pierwszy i chyba ostatni nic już nie było takie samo. Ta formułka ostatnio jest bardzo nadużywana, czy to przez DC czy Marvela, a ani Nowe DC Comics ani Marvel NOW! w żaden sposób nie dorównują “Kryzysowi…” odważnym podejściem i konsekwencjami wydarzeń.

Album Wolfmana i Pereza to pozycja obowiązkowa dla każdego fana komiksów superbohaterskich, dla tych co interesują się historią samego gatunku oraz pokolenia TM-Semic, które rosło już na zeszytach postkryzysowych, a chciałoby poznać przyczynę takiego stanu rzeczy.

Fox Games
Poprzedni

Skryj się przed atakiem zombie [konkurs]

bastille-day-poster
Następny

Dzień Bastylii - sensacyjne kino, dziennikarskie ekscesy [recenzja]

Paweł Deptuch

Paweł Deptuch

Miłośnik komiksów, scence-fiction, pulpy i kryminału. W latach 2004-2010 redaktor naczelny serwisu Carpe Noctem. Współpracował m.in. z Bicepsem, Czachopismem, Ziniolem, Kolorowymi Zeszytami, a swego czasu prowadził stałe kolumny związane z fantastyką w lokalnych periodykach. Od 2006 r. stały współpracownik miesięcznika Nowa Fantastyka. Autor kilku scenariuszy komiksowych i opowiadań. Legniczanin. Tata.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz