KOMIKS 

Lady S #2: Na zdrowie, Suzie! – historia w starym stylu [recenzja]

Pierwszy tom nowej na naszym rynku serii Jeana Van Hamme’a nie powalał oryginalnością.  Czy drugi album opowiadający o perypetiach wplątanej w szpiegowską intrygę Suzie/Szaniuszki, przyniósł zwyżkę pisarskiej formy klasyka europejskiego komiksu?

Za mało akcji, za dużo gadania – takie jest pierwsze, pobieżne wrażenie podczas lektury drugiego tomie „Lady S”. Tytułowa bohaterka to wciąż postać nie na miarę sztandarowych bohaterów wykreowanych przez Belga. Jest jednak nadzieja i dla serii i dla  samej postaci Suzie, scenarzysta to przecież stary wyga, a pierwsze wrażenie czasami bywa mylne. „Lady S” czyta się jak historie z przeszłości – nie ma tu nagłych cieć, formalnych i emocjonalnych fajerwerków, a  najbardziej widowiskowa scena komiksu, czyli ucieczka odzianej jedynie w bieliznę głównej bohaterki po dachach Brukseli z jednej strony wygląda cokolwiek kuriozalnie, z drugiej może budzić skojarzenia z nieprzewidywalnym kinem Alfreda Hitchcocka. Trzeba dodać, że skojarzenie wcale nieprzypadkowe. Ale o tym za chwilę.

„Lady S”,  wyglądająca trochę jak relikt z poprzedniej, komiksowej epoki, znajdzie swoich zwolenników i przede wszystkim powinna sprawić trochę radości wielbicielom klasycznych, szpiegowskich fabuł.

W drugim tomie nie uświadczymy już tak wielu narracyjnych skoków w czasie, bo o wszystkim co  najważniejsze z przeszłości bohaterki opowiedziano w pierwszym albumie serii. Suzan Fitzroy, obecnie adoptowana córka amerykańskiego dyplomaty i zarazem jego asystentka, kiedyś doświadczyła traumatycznych przeżyć związanych z pojmaniem przez KGB i śmiercią w tragicznych okolicznościach jej rodziców, estońskich dysydentów.  Ocalała  Szaniuszka przez lata ukrywała się przed światem razem z młodym i ćwiczącym ją w złodziejskim fachu Antonem.  W drugim tomie widzimy ważny moment z przeszłości, kiedy Suzan, trapiona wyrzutami sumienia związanymi  tragicznymi konsekwencjami jej nielegalnych działań, znajduje wreszcie spokój ducha w nowej rodzinie. Spokój to pozorny, bowiem pamiętamy z pierwszego tomu nieoczekiwane pojawienie się Antona, który szantażowany przez tajemniczego mężczyznę wikła Suzan w szpiegowską intrygę.  Fabuła drugiego tomu opiera się właśnie głównie na tym wątku, czyli na wykradzeniu przez Suzie arcyważnego raportu z sejfu tureckiego ambasadora.  Bez spoilerów więcej dodać nie sposób, następuje szereg spodziewanych komplikacji, a czytelnik obserwując poczynania bohaterów momentami dyskretnie ziewa. Do czasu.

W końcu następuje to, za co lubimy i dzieła Van Hamme’a, i klasyczne historie szpiegowskie. Kto czytał jedne i drugie wie, jak ważna jest dla takich opowieści wielopiętrowa fabuła, w której w pewnym momencie odkrywamy drugie dno. W „Lady S” Van Hamme rozkręca się – to dziwne jak na niego – dość powoli. Być może chciał, żebyśmy najpierw zasmakowali w historii, podumali nad losem doświadczonej przez życie Suzan, a wielkie atrakcje zostawił na później. Może decydując się na kobiecą bohaterkę, chciał całość rozegrać inaczej niż zwykle? A może po prostu chciał napisać klasyczną, szpiegowską historię, szukając inspiracji w filmach Hitchcocka i powieściach Forsytha. dzięki czemu podczas lektury drugiego tomu „Lady S.” powiało pełnym uroku  oldschoolem. To dość ciekawe spostrzeżenie, bowiem seria „Lady S” ma raptem około dziesięciu lat, ale tak pod względem scenariuszowym, jaki i rysunkowym (czyli do bólu realistyczna kreska), w porównaniu do święcących dziś triumfy, popularnych serii komiksowych jak „Saga”, Locke & Key” czy „Chew”, wydaje się być zwykłą ramotką. Powiem więcej – powoli zaczynają takie wrażenie sprawiać inne klasyczne serie Van Hamme’a, na czele z „Largo Winchem”. Nie widzę w tym nic złego, bardziej zwykłą konsekwencję upływu czasu.  Przede wszystkim trzeba się cieszyć z takiej sytuacji na naszym rynku , że wreszcie każdy może znaleźć coś dla siebie. Jestem pewien, że „Lady S.”,  wyglądająca trochę jak relikt z poprzedniej, komiksowej epoki, znajdzie swoich zwolenników i przede wszystkim powinna sprawić trochę radości wielbicielom klasycznych, szpiegowskich fabuł.  A poza tym coś jednak jest w samej postaci Suzan. Przypomina choćby  Aaricię z jej niektórych występów w „Thorgalu” –  z pozoru naiwną blondynkę, a tak naprawdę inteligentną, zaradną kobietę, która gdy zmuszały ją do tego okoliczności życiowe, brała w końcu los we własne ręce. I była w tym nad wyraz skuteczna.

Albatros
Poprzedni

Śmierć w gaju oliwnym - sprawny włoski kryminał [recenzja]

Fox Games
Następny

Metropolia - na długie godziny dla całej rodziny [recenzja]

Tomasz Miecznikowski

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki", jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz