KOMIKS 

Lady S #4: Zabawa w kotka i myszkę – Nieuchwytna agentka [recenzja]

Zwodzić kogoś, igrać z losem, stwarzać sytuacje niejednoznaczne… „Zabawa w kotka i myszkę” to faktycznie idealny tytuł dla czwartego albumu przygód Lady S. Bo szpiegowska gra nabiera rumieńców.

Tym razem spokój przybranej córki amerykańskiego ambasadora został zmącony w chwili, gdy wspólnie z ojcem udała się na wakacje nad Lazurowe Wybrzeże. Wypoczynek trwał niecałą dobę, a spokojny sen został przerwany przez nieproszonych gości arabskiego pochodzenia. Efekt? Uprowadzenie Fiztroya. I widmo jeszcze większego niebezpieczeństwa, które może nadejść w życiu Suzan…

Ponownie wielkim echem rozbrzmiewa międzynarodowa polityka. A może jeszcze bardziej niż dotychczas? Bo „zawodową” aktywnością blondwłosej agentki zaczynają interesować się służby amerykańskiego wywiadu. Mamy więc agentów USA działających incognito, arabskich porywaczy, a oprócz tego zagadkowych przedstawicieli służb specjalnych z drugiej strony barykady. Sojuszników, a może ciemiężycieli głównej niewiasty?

No właśnie. „Zabawa w kotka i myszkę” to również sposobność na to, aby nieco lepiej poznać kto tak naprawdę stoi za Orionem, dotychczasowym zleceniodawcą Lady S. I trzeba uczciwie przyznać, że jak narazie jest to chyba najciekawszy motyw z całej serii! Van Hamme wykazał się w tym względzie dużą pomysłowością. Długo trzymana tajemnica nareszcie została rozwiązana, dając tym samym… jeszcze większe pole  manewru, jeśli chodzi o potencjalne misje bohaterki.

Może brzmi to odrobinę zagadkowo, ale naprawdę – nie chcę zdradzać wiele więcej. Scenariusz opracowany jest zresztą w bardzo misterny sposób. Van Hamme podłożył odpowiednio przygotowane ładunki emocjonalne, które mają moc oddziaływania. Niesłabnącą zresztą od początku. Nawet pozornie błahe występki z przeszłości bohaterki mają wpływ na to, co dzieje się we Francji.

Natomiast to, co się nie zmienia, to doskonały warsztat Philippe’a Aymonda. Niektórzy mogliby powiedzieć, że francuski rysownik to rzemieślnik, że jego pracom brak charakteru, wyrazistości, ale… to nieprawda. Aymond jest perfekcyjny w tym co robi. Po prostu podporządkowuje się opowieści. Elegancki styl, perfekcyjne, realistyczne obrazy, bogata kolorystyka – autentycznie można się zapatrzeć.

I zaczytać. Bo „Zabawa w kotka i myszkę” autentycznie wciąga. Nic dziwnego – Jean Van Hamme potrafi stworzyć odpowiedni nastrój dla tajemnic, ale też bawić się sensacyjnymi elementami. Krasna dziewuszka jako  tajny agent – kolejna część warta poznania.

Videograf
Poprzedni

Droga do piekła – jeden z najbardziej wstrząsających thrillerów roku [recenzja]

harry-potter-banned
Następny

Harry Potter i subtelne uwiedzenie przez szatana

Marcin Waincetel

Marcin Waincetel

Absolwent kulturoznawstwa i filologii polskiej na Uniwersytecie Wrocławskim. Redaktor portali Paradoks, Booklips i Poltergeist, publikował na łamach magazynu „Coś na progu” oraz Geezmo. Osobowościowo zbliżony ponoć do Johnny’ego Deppa, a także Edgara Allana Poe, zakochany w X Muzie oraz wszystkich możliwych przejawach popkultury.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz