KOMIKS 

Leo Roa – pięknie namalowana, niezobowiązująca space opera [recenzja]

Juan Gimenez to idealny artysta do ilustrowania rozbudowanych spacer oper pełnych kosmicznych stworów, monumentalnych konstrukcji i technicznych gadżetów. Doskonale sprawdził się w swym najgłośniejszym dziele, “Kaście Metabaronów”, stworzonym wspólnie z Alejandro Jodorowskym, nie inaczej jest z innymi komiksami. Ale jak jest w przypadku jego autorskich fabuł?

Niestety Gimenez jest marnym scenarzystą i jego zdolności pisarskie w przypadku dłuższych opowieści nie sprawdzają się za dobrze. O ile poszczególne epizody “Kwestii czasu” są zabawne, spójne i przejrzyste, o tyle “Czwarta siła” to nużący zlepek schematycznych i niekonsekwentnie prowadzonych wątków. Podobnie jest z albumem “Leo Roa”, zawierającym co prawda sporo interesujących pomysłów, ale zawodzącym na linii narracji i fabularnej koherentności. Całe szczęście są one jednak nieźle zamaskowane dynamiczną akcją.

Tytułowy Leo to aspirujący do roli dziennikarza archiwista, któremu marzą się wielkie przygody, piękne kobiety i sława. Sympatyczny przeciętniak szybko staje w obliczu wielkich wydarzeń, gdy okazuje się, że jego uprawnienia zawodowe mogą się przysłużyć groźnym kosmicznym piratom. Tak rozpoczyna się galaktyczna przygoda pełna porwań, pościgów, strzelanin, podróży w czasie i erotycznych uniesień.

“Leo Roa” okazuje się być niezwykle lekkostrawną opowieścią awanturniczą, łączącą naiwność złotej ery science fiction ze skomplikowaną i szczegółową futurystyczną wizją spod znaku magazynu “Heavy Metal”. Nie brakuje tu humoru, wybuchowych scen akcji, pieczołowicie rozrysowanych dekoracji i oryginalnie nakreślonych kosmitów, pięknych kobiet o marmurowych ciałach i niepozornych, ale wielkich sercem, bohaterów. Autor do jednego wora powrzucał mnóstwo składowych, które nie zawsze do siebie pasują i niekiedy mogą wywołać chaos, ale jako całość zszyta doskonałymi ilustracjami, trzyma się kupy.

Największą zaletą “Leo Roa”, jak i większości komiksów Gimeneza, są oczywiście rysunki. Artysta łączy w swojej twórczości niezwykle bogatą wyobraźnię, zadziwiający talent malarski i umiejętność epickiego przedstawienia ogromu kosmosu wraz z jego technologicznym rozbuchaniem. To jeden z niewielu twórców, którzy są zarówno naśladowani jak i naśladować się ich nie da (sprawdźcie sami). Dla jego niebywałych umiejętności zdecydowanie warto mieć ten album, który sprawdza się też nieźle jako zupełnie niezobowiązująca, szybka rozrywka.

Albatros
Poprzedni

Ona i on - Marc Levy wraca do formy [recenzja]

Nowe Horyzonty
Następny

Widzę, widzę - czyli kim jesteś mamo [recenzja]

Paweł Deptuch

Paweł Deptuch

Miłośnik komiksów, scence-fiction, pulpy i kryminału. W latach 2004-2010 redaktor naczelny serwisu Carpe Noctem. Współpracował m.in. z Bicepsem, Czachopismem, Ziniolem, Kolorowymi Zeszytami, a swego czasu prowadził stałe kolumny związane z fantastyką w lokalnych periodykach. Od 2006 r. stały współpracownik miesięcznika Nowa Fantastyka. Autor kilku scenariuszy komiksowych i opowiadań. Legniczanin. Tata.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz