KOMIKS 

Liga Sprawiedliwości #4: Trójka – w pogoni za marchewką [recenzja]

Seria o najpotężniejszych superbohaterach uniwersum DC niespodziewanie zwyżkuje. Co prawda jej motywem przewodnim wciąż jest tępa młócka, ale nie można jej odmówić kilku ciekawych pomysłów i epickiego rozmachu.

“Trójka” jest bezpośrednim wstępem do wielkiego wydarzenia jakim jest “Wieczne zło”, a jej korzenie łączą się również z albumami “Shazam!” i “Amerykańską Ligą Sprawiedliwości”. Geoff Johns rozplanował więc cały event na kilka pobocznych serii, ale wcale nie trzeba ich wszystkich znać, aby mieć podgląd na szerszą perspektywę. Bo prawdą jest, że mamy do czynienia z dobrze znaną i co rusz powielaną fabułą, w której po kryjomu do naszego świata zbliża się wielkie zagrożenie, a któremu dzielni bohaterowie będą musieli stawić czoła. Scenarzysta tym razem sięgnął po motywy mitologiczne ogrywając legendę o Puszcze Pandory, a naszym herosom przy okazji zafundował emocjonującą pogoń za marchewką.

Superman zabił człowieka. Superman umiera. Wokół tych dwóch tematów rozwija się akcja “Trójki”. Na pomoc ukochanemu harcerzowi Ameryki wyruszają trzy Ligii: Sprawiedliwości, Amerykańska i Mroczna (to do niej trafili m.in. Constantine, Swamp Thing i Czarna Orchidea, którzy zostali wykopani z DC Vertigo). Ich członkowie mają różne poglądy na to jak mu pomóc, nie może więc obyć się bez konfliktów i niespodziewanych zmian stron. Problem w tym, że wszystkim umyka najważniejsze – to co dzieje się z Człowiekiem ze Stali ma odwrócić tylko ich uwagę. W finale więc budzą się z ręką w nocniku.

Johns w “Lidze…” stosuje wciąż te same sprawdzone patenty, a więc 95% albumu to spektakularne mordobicie, a reszta jest szytą grubymi nićmi intrygą. W “Trójce” ta intryga z szerszej perspektywy jest nawet sensowna i osadzona na solidnych fundamentach, ale chwil kiedy trzeba odwiesić niewiarę wciąż jest sporo. No bo jak tu patrzeć na potężnych i przecież inteligentnych bohaterów, którzy najpierw leją po pyskach, a dopiero potem myślą, wyciągają wnioski, analizują i zadają pytania? A i to też nie jest regułą… Niemniej całość czyta się nawet dobrze, a połączenie science fiction z mitami i magią wychodzi całkiem zgrabnie.

Graficznie jest nieźle. Wszyscy dobrani artyści prezentują podobny styl, więc nie ma wielkich przeskoków jakościowych. Każdy z nich w swej roli sprawdza się jak należy, a więc wszystkie sceny akcji, a jest ich przecież od groma, są odpowiednio dynamiczne i efektowne. I takie jest też cały ten album.

stephen-king-cover
Poprzedni

10 powieści wszech czasów Stephena Kinga

In Rock
Następny

Zaufaj mi, jestem dr Ozzy - porady lekarskie niezniszczalnego rockmana [recenzja]

Paweł Deptuch

Paweł Deptuch

Miłośnik komiksów, scence-fiction, pulpy i kryminału. W latach 2004-2010 redaktor naczelny serwisu Carpe Noctem. Współpracował m.in. z Bicepsem, Czachopismem, Ziniolem, Kolorowymi Zeszytami, a swego czasu prowadził stałe kolumny związane z fantastyką w lokalnych periodykach. Od 2006 r. stały współpracownik miesięcznika Nowa Fantastyka. Autor kilku scenariuszy komiksowych i opowiadań. Legniczanin. Tata.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz