KOMIKS 

Liga Sprawiedliwości #5: Wieczni bohaterowie – przeciętny suplement do „Wiecznego Zła” [recenzja]

DC postanowiło udowodnić, że nie jest gorsze od Marvela i pokazało, że też może zarzucić epickim wydarzeniem, po którym nic-już-nie-będzie-takie-samo. I spotka się z taką samą reakcją, jak propozycje konkurencji – czyli bardzo mieszaną. To samo tyczy się historii pobocznych, chociażby „Wiecznych bohaterów”.
„Wieczni bohaterowie” jest gratką przede wszystkim dla tych, którym nie było dość „Wiecznego zła” i „Wojny w Arkham”.

Syndykat Zbrodni przejął władzę na świecie. Jedną z ofiar starcia z nowym zagrożeniem był Vic Stone – Cyborg. Wirus czający się w obwodach przejął kontrolę nad pancerzem i odrzucił człowieka. Dogorywający w laboratorium chłopak dostaje szansę na drugą rundę i nowy pancerz. W międzyczasie obserwujemy, jak zmienia się świat pod wpływem Syndykatu oraz dowiadujemy się o genezie najeźdźców z innego wymiaru. Gdzieś tam w tle przemyka Black Adam, ale fabuła całości tak naprawdę zaczyna się dopiero w połowie tomu.

I to jest chyba największy problem „Wiecznych bohaterów” – jako samodzielny komiks nie mają racji bytu. Wyglądają za to na niezłe uzupełnienie głównego wydarzenia. Ciekawie rozbudowują sylwetki głównych złych, wykrzywionych lustrzanych odbić czempionów z Ligi Sprawiedliwości. Tyle tylko, że nawet tutaj wybrano najprostsze możliwe rozwiązania i analogie. Wszystko to bardzo poprawne, ma jakiś dramatyzm… i tylko wymuszone poczucie sensu. Przyznam jednak, że fabuła nabiera rumieńców, gdy do akcji wkraczają Metalmeni, zgraja poczciwych robotów, które szaleją po kadrach niczym gremliny ze starego przeboju kinowego. Są zabawni, zróżnicowani, sympatyczni, czuć między ekipą konstruktów chemię. Ich występ to najjaśniejszy punkt programu, choć nie ratuje całości.

Rysunki dają radę. Są dynamiczne, cieszą oko, nadają nastrój chwili. Ekipa grafików stanęła na wysokości zadania i zadbała o w miarę jednolitą szatę graficzną (choć zdarzają się odstępstwa od normy). Wszystko jednak utrzymuje się na poziomie „bez szaleństw”.

„Wieczni bohaterowie” jest więc gratką przede wszystkim dla tych, którym nie było dość „Wiecznego zła” i „Wojny w Arkham”. Oraz dla tych, którzy chcą być na bieżąco z „Ligą Sprawiedliwości”. Reszta może sobie darować.

Kultura Gniewu
Poprzedni

Tymek i Mistrz tom 1 - fantasy z humorem [recenzja]

POP Films
Następny

Synchronicity - burzliwe zabawy z czasem [recenzja]

Hubert Sosnowski

Hubert Sosnowski

Rocznik 1991, zodiakalny bliźniak, który raz nie może usiedzieć w miejscu, a kiedy indziej zaszywa się w swojej pieczarze. Z tego tytułu znajduje czas zarówno, na wyżywanie się na macie, jak i wycieczki w świat filmów, książek, komiksów, gier, larpów i muzyki, a czasem nawet i w otchłań studiów. Opublikował parę tekstów tu i tam, w "Science Fiction Fantasy i Horror", "LiteRacjach" oraz w portalach internetowych. Od 2014 regularnie publikuje w Dzikiej Bandzie.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz