KOMIKS 

Lobo – Portret bękarta – Slasher, satyra i czarny humor [recenzja]

W latach 80. Lobo należał do grupy wielu chuderlawych antagonistów uniwersum DC Comics przeznaczonych na odstrzał. Dopiero na początku lat 90., po długim czasie spędzonym w limbo, doczekał się wyrazistego charakteru i wystrzałowej fabuły. Wszystko dzięki dwóm Brytyjczykom.

Wykreowany na potrzeby serii “Omega Men” (będącej spin offem “Green Lantern”) Lobo wiódł szczęśliwy żywot kosmicznego najemnika, od czasu do czasu pojawiając się na łamach innych serii i tłukąc się m.in. z Supermanem, Ligą Sprawiedliwości czy Korpusem Zielonych Latarni. Nie wyróżniał się niczym szczególnym pośród wielu sobie podobnych, do czasu gdy jego życiorys, aparycja i usposobienie, za sprawą Alana Granta i Simona Bisleya, nie doczekały się retconu.

Grant, wspólnie z współtwórcą postaci, Keithem Giffen, wymyślił fabułę i przelał ją do  formy scenariusza, a Bisley zaprojektował zupełnie nowy wizerunek, wzorowany nie tylko na własnej osobie, ale i kultowych mięśniakach przewijających się przez sensacyjne kino lat 80., będących uosobieniem maczyzmu. Dostał więc Lobo długie włosy, kulturystyczną sylwetkę, skórzaną kurtkę, glany, osobliwą broń w postaci łańcucha z hakiem, cygaro w usta i niezły charakterek, które sprawiły, że stał się jedną z najpopularniejszych postaci DC, a Stan Lee uważa ją za swoją ulubioną spoza uniwersum Marvela.

Lobo – Portret bękarta”” to kwintesencja czarnego humoru, buntowniczych i anarchistycznych poglądów Alana Granta, a także jeden z najodważniejszych komiksów mainstreamowych początku lat 90. w USA.

Na “Portret bękarta” składają się dwie pierwsze mini serie z “nowym” Lobo oraz świąteczne wydanie specjalne, które choć umieszczone na końcu, należy je czytać jako drugie pod względem chronologicznym (dochodzi tu do wydarzeń, których skutki przewijają się w tle “Lobo Powraca”). “Ostatni Czarnianin” to kwintesencja czarnego humoru, buntowniczych i anarchistycznych poglądów Alana Granta, a także jeden z najodważniejszych komiksów mainstreamowych początku lat 90. w USA. Co prawda w temacie wizualnej ultra przemocy autor badał jeszcze grunt i reakcje czytelników, bawiąc się w niedopowiedzenia i ubijanie przeciwników poza kadrem, ale w tej kwestii żaden inny ówczesny scenarzysta nie mógł się z nim równać. Bo “Ostatni Czarnian” to nic innego jak przecudny karnawał przemocy i terroru, bogate źródło niezłych one-linerów, inteligentnego, sarkastycznego dowcipu i surrealistycznych pomysłów jak chociażby Liga Przyzwoitości czy Komandosi Ortografii. Na dodatek jest to komiks świetnie zmontowany, od pierwszej strony urzekający rozmachem i prostą ale diabelnie wciągającą fabułą oraz cudnie zilustrowany kreską “wczesnego” Bisleya, którą można umiejscowić gdzieś pomiędzy szaloną i ledwo kontrolowaną z “ABC Warriors: Czarna Dziura”, a przemyślaną i wycyzelowaną ze “Slaine: Rogaty Bóg”.

Wydane krótko po “Ostatnim Czarnianinie””Paramilitarne święta specjalne” to już faktyczna jazda bez trzymanki, bezpretensjonalna rozwałka, w której obrywa się zarówno świątecznym tradycjom jak i nadproduktywnym rodzicom. Grant robi sobie piękne jaja (wielkanocne) z Bożego Narodzenia, kultu Świętego Mikołaja i grudniowego konsumpcjonizmu, a przy tym wskakuje na kolejny poziom w prezentowaniu przemocy. Tutaj flaki i odcięte kończyny swobodnie wypełniają kadry, a krew leje się potoczystymi strumieniami i nie ma mowy o umowności w ich prezentacji. Z kolei kreska Bisleya jest już bardziej niedbała i często uproszczona, a wynika to z faktu, że artysta tworzył ten komiks równolegle z “Ostatnim Czarnianinem”. Stąd właśnie efekt jakby rysowania zeszytu na kolanie.

Z kolei “Lobo Powraca” to już komedia i satyra pełną gębą, łącząca najlepsze cechy zarówno “Ostatniego…” jak i “Paramilitarnych…”. Grant zaserwował fabułę pełną popkulturowch tropów i szydery praktycznie ze wszystkiego (religia, homoseksualizm, rasizm), a przy okazji z głównego bohatera uczynił artystę, którego środkiem wyrazu jest skrajna i nieuzasadniona przemoc. Album ten to esencja brytyjskiej niepoprawności, drwiny i czarnego humoru, a za przykład niech posłużą antagoniści Loo i Feces, czyli odpowiednio (po naszemu) Kibel i Stolec (ten wizualnie wcale nie odbiega od definicji słownikowej). Bisley tym razem mocno sobie pofolgował, jeszcze bardziej przypakowując Lobo, tła zapełniając jeszcze większą ilością swoich wygibasów i nazw ulubionych heavymetalowych kapel, z lubością rozrysowując sceny mordów i znęcania się nad słabszymi.

W każdym albumie Bisley prezentuje odrobinę odmienny styl, ale zawsze skażony ostrą, metalową nutą i tak charakterystyczny, że nie można go pomylić z żadnym innym. Zauważalny jest też fakt, że artysta nawet w prezentacji kluczowych scen szedł pod prąd ówczesnej modzie. W “Ostatnim Czarnianinie” szczególnie uwagę zwraca sekwencyjność walk, gdzie ciosy wyprowadzane są po kolei i systematycznie (przeanalizujcie chociażby stronę 25), bez zbędnego efekciarstwa obecnego na łamach innych komiksów superbohaterkskich. Kulminacyjna scena ze Świętym Mikołajem w “Paramilitarnych…” to majstersztyk przedstawiony w jednym małym kadrze. Każdy inny rysownik rozrysowałby ją na pełnej planszy, a tymczasem Bisley przerobił ją na kameralną, niewiele znaczącą chwilę. Podobnie jest w “Lobo Powraca” i sceną rozczłonkowania głównego bohatera sprowadzoną do jednego malutkiego kadru. Na słowo uznania zasługuje też Christian Alamy, który narysował czwarty rozdział “Lobo Powraca”. Udało mu się wręcz idealnie podrobić styl Bisleya i całkowicie zachować wizualną integralność całości, za co należą się wielkie brawa.

“Lobo – Portret bękarta” to zbiór najlepszych opowieści z tym cudownym antybohaterem, których wyjątkowość zdecydowanie zależała od ich twórców. Ani przed tym albumem, ani po nim nie pojawiła się żadna tak wyrazista historia mogąca mu dorównać (małym wyjątkiem w kwestii fabuły są “Nieamerykańscy gladiatorzy”, a rysunków, te tworzone przez Martina Emonda i Rafaela Garresa). Dzięki niemu przez ponad dekadę Lobo pozostawał jedną z najważniejszych postaci DC, doczekał się własnej serii, licznych mini-serii, crossoverów, kilku występów w serialach animowanych oraz, niestety, kolejnego retconu wraz z nastaniem Nowego DC Comics.

Dla czytelników TM-Semic “Portret bękarta” nie będzie piewszyzną – docenią na pewno podszlifowane tłumaczenie Michała Zdrojewskiego i galerię niepublikowanych wówczas okładek. Z kolei zupełnie nowych odbiorców czeka fantastyczna i szalona lektura, tak bardzo odmienna od tego co czytali do tej pory.

Fox
Poprzedni

Najgorsze ekranizacje komiksów

Zysk i S-ka
Następny

Portret Doriana Graya - przegląd ludzkich obsesji i lęków [recenzja]

Paweł Deptuch

Paweł Deptuch

Miłośnik komiksów, scence-fiction, pulpy i kryminału. W latach 2004-2010 redaktor naczelny serwisu Carpe Noctem. Współpracował m.in. z Bicepsem, Czachopismem, Ziniolem, Kolorowymi Zeszytami, a swego czasu prowadził stałe kolumny związane z fantastyką w lokalnych periodykach. Od 2006 r. stały współpracownik miesięcznika Nowa Fantastyka. Autor kilku scenariuszy komiksowych i opowiadań. Legniczanin. Tata.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz