KOMIKS 

Locke & Key #4: Klucze do Królestwa – krwawa zima w Lovecraft [recenzja]

W czwartym tomie serii „Locke & Key” jest jeszcze więcej nowych kluczy, zaskakujących zwrotów akcji i nieoczekiwanych ofiar we wciąż trwającej walce rodzeństwa Locke’ów z perfidnym złem, coraz mocniej zaciskającym wokół trojga bohaterów złowrogą  pętlę.
W „Kluczach do Królestwa” scenarzysta Joe Hill, wraz z dokonującym rysunkowych cudów Gabrielem Rodriguezem wspinają się na fabularne i formalne wyżyny – to jak dotąd najlepszy tom serii.

Zima w Lovecraft jest piękna i biała,  w tę biel wkrada się jednak także inny, czerwony kolor, przez co okładki poszczególnych zeszytów ze zbioru „Klucze do królestwa” zaczynają trochę przypominać polską flagę. A że jeszcze oprócz tych dwóch kolorów mamy na nich dodatki w postaci bezgłowego ptaka, czy rozerwanego na pół żołnierza (co prawda zabawkowego), powinniśmy poczuć się prawie jak w domu. Strach, przemoc, męczeństwo, jakże nam to wszystko bliskie. Joe Hill dalej snuje popkulturowo-martyrologiczną historię o walce ze złem, a jej motywem przewodnim rzecz jasna nie jest zbiorowa pamięć i dziedzictwo poddawanego historycznym wstrząsom narodu, tylko okrutne piękno dziecięcej wyobraźni. W „Kluczach do Królestwa”, wraz z dokonującym rysunkowych cudów Gabrielem Rodriguezem, scenarzysta wspina się na fabularne i formalne wyżyny – to jak dotąd najlepszy tom serii.

Końcówka poprzedniej części przyniosła wydawałoby się pewne rozstrzygnięcie. Oto Tyler, najstarszy z trójki rodzeństwa znalazł tak wielce pożądany przez Zacka alias Dodge’a alias tajemniczą kobietę ze studni –  klucz Omega. Dzięki wizycie Kinsey i jej przyjaciół w zatopionych podziemiach, dowiedzieliśmy się też czegoś nowego o poprzedniej grupie dzieciaków z Lovecraft. Te wątki w pewien sposób powracają w najnowszym tomie, ale myliłby się ten, kto sądzi, że Joe Hill pociągnie je w przewidywalny sposób. Zamiast zaspokajać naszą ciekawość tylko ją pobudza, po mistrzowsku komplikując fabułę. Klucz Omega? Dodge dalej go poszukuje, angażując w swoje starania wszelkie siły i sposoby, co dobitnie pokazuje rewelacyjny, będący rodzajem dziennika z pola walki rozdział zatytułowany „Luty”. Wcześniej mamy jeszcze jednocześnie zabawnego i wzruszającego „Wróbla”, podczas lektury którego momentami czujemy się, jakbyśmy oglądali paski z „Fistaszków”. A tajemnice sprzed lat? Jest chwila, kiedy myślimy, że wreszcie wyjaśni się coś więcej,  poznajemy bowiem kolejną uczestniczkę dawnych wydarzeń. W tym przypadku twórcy wiodą nas jednak na manowce i zamiast wyjaśnień, dostajemy próbkę okrucieństwa bezwzględnego zła w historii zatytułowanej „Biały”. Tuż przed „Detektywami”, przynoszącymi zasadniczy, ale raczej nie taki, jakiego się spodziewaliśmy zwrot akcji, są jeszcze „Ofiary wojny”, w których postacią przewodnią jest autystyczny Rufus i zupełnie nieoczekiwanie, czekający wciąż na wypełnienie swej nowej roli – Sam Lesser. To jakże smutny fragment, opowiadający o niemożności porozumienia się z innymi i zarazem o potędze wyobraźni, która nagle okazuje się mieć swoje fatalne ograniczenia. Natomiast finałowi, wspomniani wyżej „Detektywi” to  przerażający, emocjonalny rollercoaster, napisany i zilustrowany zgodnie z wymogami rasowego thrillera i przynoszący zwieńczenie, po którym czytelnik ma chęć krzyczeć ze wściekłości i rwać włosy z głowy i to nie jedynie dlatego, że bardzo, ale to bardzo  chciałby już poznać dalszy ciąg tej fantastycznej historii.

Do końca pozostały jeszcze dwa tomy, ale już teraz można powiedzieć, że mamy do czynienia z jedną z najlepszych, najbardziej fascynujących i przemyślanych w najdrobniejszych szczegółach serii komiksowych. Jedyne, czego pragnąłbym w większej ilości, to całostronicowych kadrów w wykonaniu Gabriela Rodrigueza. To na nich, zazwyczaj puentujących poszczególne fragmenty precyzyjnej układanki Hilla, w pełni ujawnia się potencjał tej wielowymiarowej historii, odwołującej się do siedzącego w każdym z nas dziecka. Dziecka, które pożąda nie tylko pocieszycielskich, zamykających w błogim świecie nieświadomości dobranocek, ale także prawdy o okrutnej chwilami rzeczywistości, znanej choćby z baśni braci Grimm. Taką właśnie baśń napisał dla nas Joe Hill. To baśń z pewnością dla dorosłych, ale dzięki genialnemu umiejscowieniu w niej metaforycznych rekwizytów w postaci magicznych, uruchamiających naszą wyobraźnię kluczy, przypominająca ten niezwykły czas, kiedy sami byliśmy dziećmi.

fot. Bob Gruen
Poprzedni

John Lennon: piosenki ulubione

Disney
Następny

Gwiezdne Wojny: Przebudzenie Mocy [teaser recenzji]

Tomasz Miecznikowski

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki", jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz