KOMIKS 

Locke & Key # 6: „Alfa i Omega” – piękne i straszne umieranie młodości [recenzja]

Finałowy tom „Locke & Key” przynosi wiele emocji, budzi dużo wzruszeń i jest godnym zwieńczeniem jednej z najlepszych komiksowych serii ostatnich lat.

W poprzednim tomie „Locke & Key” pod jakże słusznym i dwuznacznym tytułem „Wskazówki”, odbyliśmy z głównymi bohaterami cyklu podróże w czasie, które rozjaśniły nam przeszłość potomków Locke’ów i powiedziały więcej o naturze i działaniu złej mocy w Lovecraft. W „Alfa i Omega” przychodzi czas na ostateczną rozgrywkę, czego starsza dwójka rodzeństwa wciąż nie jest niestety świadoma. Za to pewny realizacji i powodzenia swych planów jest demon przebywający w ciele małego Bode’go, zwłaszcza że w jego posiadaniu znalazł się najważniejszy z kluczy, czyli Omega otwierający drzwi do nadnaturalnego świata. Eskalacja nastąpi w dniu jakże charakterystycznego i ważnego dla amerykańskiej popkultury szkolnego balu, kiedy to jego młodzi uczestnicy postanowią spędzić nadchodzącą noc w przybrzeżnej jaskini. Tym samym dane nam będzie obserwować symboliczny, a także dla poszczególnych bohaterów bardzo dosłowny koniec dzieciństwa.

Cenić tę serię należy za udany, wiarygodny  portret współczesnego, młodego człowieka, którego bronią i opoką przed próbującą go pochłonąć rzeczywistością dorosłych jest wrodzony młodości bunt i nonkonformizm.

Zanim to jednak nastąpi, w pierwszym zeszycie ostatniego tomu wysłuchamy szczerych zwierzeń i małych podsumowań od kluczowych bohaterów cyklu. Dokumentujący je na kamerze Scot Kavanaugh, będący niezależną, po części artystyczną, po części anarchistyczną duszą, zainspirowany przez przyjaciół pokusi się o mający posmak symbolu akt. Akt, który trzeba odczytywać jako komentarz dla całej historii Joe Hilla i Gabriela Rodrigueza, historii przesiąkniętej duchem młodości. Chyba w tym tkwi największa wartość „Locke & Key” – opowieści, w której tak samo ważny jak fantastyczny, nadnaturalny sztafaż jest jego warstwa psychologiczno-emocjonalna. Cenić tę serię należy za udany, wiarygodny  portret współczesnego, młodego człowieka, którego bronią i opoką przed próbującą go pochłonąć rzeczywistością dorosłych jest wrodzony młodości bunt i nonkonformizm. Wartości te i inne podkreśla tatuaż na piersi wspomnianego wyżej Scota, ze słowami: „Ready to live. Ready to die, for love, friends, art”. Motto, które zarazem stanie się zwiastunem przyszłych, tragicznych wydarzeń podczas konfrontacji z bezlitosnym złem. Motto, które dla postronnego obserwatora wydaje się patetyczne, a przecież tak dobrze oddające koncept Joe Hilla na najlepszą historię, jaka wyszła spod jego rąk.

Podsumowując krwawy finał „Locke & Key” nie da się uciec od porównań z podobną twórczością, która wcześniej wychodziła nie tylko spod pióra ojca scenarzysty (chyba już wszyscy kojarzą, że jest nim Stephen King), ale także takich pisarzy jak Neil Gaiman, Robert McCammon, Dan Simmons (a sięgając bliżej, to czyż klimat serialu „Stranger Things” nie jest zbliżony do tego z  „Locke & Key”?). Joe Hill wcale od tych porównań nie ucieka, umieszcza nawet smakowity, przetworzony cytat z pierwszej powieści ojca (i jej ekranizacji), dając wyraźny znak, że to wszystko łączy się i trwa, że tego rodzaju inicjacyjne opowieści z fantastycznym naddatkiem są w popkulturze zawsze obecne i zawsze potrzebne.

W przypadku „Locke & Key” dostaliśmy coś wyjątkowego, bo przepięknie zwizualizowanego przez Gabriela Rodrigueza. Niektóre kadry zostają długo w pamięci – całostronicowy z niepokorną dotąd Kinsey, a wyszykowaną tradycyjnie na bal, czy ze spełniającym wreszcie niezwykle ważną rolą w końcówce  opowieści, niepełnosprawnym umysłowo Rufusem na swej po części wyimaginowanej, powrotnej drodze do Lovecraft. Owszem, finałowy pojedynek ze złem budzi, bo musi budzić emocje i czytelniczą ekscytację, ale ważniejsze okazuje się tu coś innego, ważniejsze okazują się po prostu wzruszenia i świadomość bohaterów, że młody człowiek też może, a wręcz ma prawo decydować sam o sobie i czasem decyzje te należą do tych z rodzaju ostatecznych. Dlatego też najpiękniejszy i zarazem najsmutniejszy kadr z finałowego tomu dostajemy pod koniec zeszytu „Upadek”. Dla tej jednej sceny, pokazanej w blasku pochodni zrobionej z gryfu połamanej gitary, warto było poznać całą tę historię. Gotowi by żyć, gotowi by umrzeć, za przyjaciół, miłość, sztukę. I nie ma potrzeby niczego więcej tu dodawać.

 

 

thunderbolts-02-czerwony-postrach-okladka
Poprzedni

Thunderbolts #2: Czerwony postrach – nowy scenarzysta na ratunek [recenzja]

belfer_canal-1
Następny

Najciekawsze serialowe premiery jesieni 2016 [ranking]

Tomasz Miecznikowski

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki", jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz