KOMIKS 

Lucky Luke. Wydanie zbiorcze t.7 [recenzja]

Choć wydaje się to nieprawdopodobne „Lucky Luke” jest najpopularniejszą europejską serią, która ilością sprzedanych egzemplarzy, jak i wydanych tomów bije na głowę zarówno „Asterixa” i „Thorgala”. Wydawnictwo Egmont kontynuuje publikowanie wszystkich odcinków napisanych przez Rene Gościnnego.

Przygody samotnego kowboja, którego wymyślił i ilustrował aż do śmierci w 2001 r. Morris, ukazują się nieprzerwanie od 1946 r. Do tej pory powstało prawie osiemdziesiąt albumów, z czego trzydzieści osiem napisał Gościnny. Siódme wydanie zbiorcze zawierające album „Calamity Jane” oraz dwa zbiory krótkich historyjek pt. „Siedem opowieści o Lucky Luke’u” i „Sznur wisielca i inne historie” zamyka komplet tomów napisanych przez autora „Asterixa”.

W pierwszym z nich scenarzysta konfrontuje głównego bohatera z jedną największych legend Dzikiego Zachodu, Calamity Jane, twardą, niezależną babką co to nie daje sobie w kaszę dmuchać i niejednego rosłego faceta jest w stanie pokonać wręcz jak i w pojedynku na rewolwery. To przesympatyczna, humorystyczna opowiastka z wyraźnym wątkiem kryminalnym, świetnie przetwarzająca całą masę westernowych klisz i kalek, ale też z wdziękiem odnosząca się do historycznych faktów z tego okresu. Kolejny odcinek to zbiór kilkustronicowych historyjek z Lucky Lukem nastawionych przede wszystkim na spuentowany dowcip, ukazujących codzienne życie i zmartwienia kolonizatorów Dzikiego Zachodu – od pielgrzymów, poprzez hodowców bydła, pianistów i obwoźnych handlarzy, aż po kawalerzystów i pretendentów do roli szeryfa. Album ten to doskonały dowód na to, że przygody samotnego kowboja idealnie sprawdzają się także w krótkiej formie, co potwierdza „Sznur wisielca”, kolejny zbiorek, ale tym razem pisany też przez innych scenarzystów (m.in. Martin Lodewijk i Bob de Groot). Choć te opowiastki są bardziej naiwne i nie mają takiej siły uderzenia ja te pisane przez Gościnnego, stanowią integralną, bardzo przyjemną część uniwersum kowboja, który strzela szybciej niż jego własny cień. Zwłaszcza, że wszystkie bez wyjątku rysuje swą charakterystyczną kreską Morris.

Lucky Luke, choć został stworzony przez Morrisa, ostatecznych szlifów i charakterystycznych cech nabrał dopiero pod piórem Gościnnego, który z ogromną lekkością łączył sytuacyjno-słowną komedię z przygodową otoczką doprawioną sporą dawką faktów i historii. Podobnie jak w „Asterixie” tak i tutaj można odnaleźć doskonale wplecione nawiązania do wydarzeń, miejsc i postaci, które świetnie dopełniają rozrywkowego charakteru serii.

HBO
Poprzedni

Filmy, bez których nie powstałby „Detektyw 2”

dziubak DB
Następny

Emilia Dziubak - fantastyczne ilustracje dla dzieci [galeria]

Paweł Deptuch

Paweł Deptuch

Miłośnik komiksów, scence-fiction, pulpy i kryminału. W latach 2004-2010 redaktor naczelny serwisu Carpe Noctem. Współpracował m.in. z Bicepsem, Czachopismem, Ziniolem, Kolorowymi Zeszytami, a swego czasu prowadził stałe kolumny związane z fantastyką w lokalnych periodykach. Od 2006 r. stały współpracownik miesięcznika Nowa Fantastyka. Autor kilku scenariuszy komiksowych i opowiadań. Legniczanin. Tata.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz