KOMIKS 

Luthor – dobry człowiek Lex i ten przerażający Superman [recenzja]

Lex Luthor to w komiksowym uniwersum DC odwieczny wróg Supermana, jego nemezis.  Tymczasem w albumie Briana Azzarello i Lee Bermejo, role jakby się odwracają, co najlepiej oddaje pełny, oryginalny tytuł albumu – „Lex Luthor: Man of Steel”.
Superman pojawia się w albumie wyjątkowo rzadko, a kiedy już go widzimy, jego wygląd na hiperrealistycznych rysunkach Bermejo budzi raczej niepokój, jeśli nie podświadomą grozę.

To mroczna, a nawet bardzo mroczna opowieść o tym, jak zdroworozsądkowe myślenie przekracza nagle granicę obsesji. Tytułowy bohater wypowiada tu  kwestię, będącą rodzajem credo – „Miarą wyborów każdego człowieka jest to, co musi on poświęcić, by ich dokonać”. Czego chce dokonać Luthor? Tego co zawsze – zniszczyć, zetrzeć z powierzchni Ziemi Supermana. Tyle, że tym razem, twórcy starają się wiarygodnie umotywować to pragnienie i wynikające z niego kolejne działania.

Superman pojawia się a w albumie wyjątkowo rzadko, a kiedy już go widzimy, jego wygląd na hiperrealistycznych rysunkach Bermejo budzi raczej niepokój, jeśli nie podświadomą grozę. Nieludzkie, czerwone oczy plus wyczuwalna potęga i majestat – czy na pewno patrzymy na niego jedynie oczami Lexa Luthora? I jeszcze ten  jeden kadr, kanoniczny zresztą, kiedy superbohater unosi nad głową samochód, a wokół niego widać przestraszone pokazem nadludzkiej siły, twarze zwykłych przechodniów… W kreacji takiego Supermana Azzarello zbliża się do wizji wszechpotężnego Dr. Manhattana ze „Strażników” Alana Moore’a. Można tu przywołać jeszcze trailery z przyszłorocznego „Batman v Superman: Świt sprawiedliwości”, które  sugerują, że Mroczny Rycerz będzie miał zbliżony pogląd na funkcjonowanie w naszym świecie Supermana, co Luthor z komiksu. Ktoś o boskich wręcz właściwościach nie jest bowiem nadzieją dla ludzkości, a raczej niepoznawalnym, stojącym ponad nami obcym bytem, który ostatecznie może przynieść rodzajowi ludzkiemu jedynie zagładę. Co zrobić, aby kogoś takiego powstrzymać?

Luthor w komiksie wcale nie nienawidzi Supermana – on się go po prostu boi i traktuje właśnie jako zagrożenie dla ludzkości, a nie dla swoich działań i wpływów. To moment, kiedy odczucia tytułowego bohatera można uznać jeszcze za racjonalne. Dopiero, gdy zaczyna tworzyć skomplikowany plan, którego efektem ma być totalne zdyskredytowanie Supermana, racjonalność zmienia się w obsesję. Luthor na ów plan nie szczędzi środków, które mają mu zapewnić końcowy sukces, ale jednocześnie przekracza wszelkie moralne granice. I jak zwykle, w oczach wizjonera i jednocześnie złoczyńcy, uboczne skutki na drodze do celu są jedynie mniejszym złem. To nic, że w międzyczasie giną niewinni. Kiedy świat pozbędzie się w końcu największego zagrożenia, będzie go można uznać za bezpieczny.

Tym samym „Luthor” wpisuje się w trend prawdziwie mrocznych, niejednoznacznych opowieści z komiksowych uniwersów. W tym roku mieliśmy ich niezłą próbkę, w postaci „Kryzysu Tożsamości” lub „Mrocznego odbicia„, ale „Luthor” stężeniem wręcz dołującego tu stylu noir, bardzo zresztą charakterystycznego dla Briana Azzarello,  bije je na głowę.  Swoją drogą, ten poważniejszy ton robi się już odrobinę nużący i to nie tylko w komiksach, ale także w ich wybranych ekranizacjach. Coraz trudniej znaleźć wypośrodkowanie między tego rodzaju powagą, a bezpretensjonalną rozrywką. Cóż, komiksy i ich pochodne stają się w większym niż dawniej stopniu, produktem dla dorosłego odbiorcy, który na dodatek ma swoje wymagania. Dlatego po lekturze „Luthora”, można dla odzyskania wewnętrznej równowagi obejrzeć ponownie choćby „Strażników Galaktyki”.  Choć dzieją się w odległym kosmosie, natychmiast sprowadzą nas na bezpieczny grunt tradycyjnej, rozrywkowej i przede wszystkim pozytywnej w przekazie, komiksowej opowieści. A że wrażenia z „Luthora” i tak będą w nas dalej tkwiły, niczym bolesna zadra, to już inna sprawa.

john wick 2
Poprzedni

Pierwsze zdjęcia z planu "John Wick 2"

Bez nazwy 1 kopia2
Następny

Cztery gangsterskie rodziny, które kocha popkultura

Tomasz Miecznikowski

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki", jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz