KOMIKS 

MAD kręci SF – żadnych świętości [recenzja]

Dla wielbicieli komiksu, fantastyki i zjadliwej satyry, polskie wydanie legendarnego magazynu „MAD” powinno być prawdziwym świętem. A przy tym słowa te brzmią nieco paradoksalnie, ponieważ gdy tylko rozpoczynamy lekturę, bardzo szybko okazuje się, że dla autorów pisma praktycznie nie istnieją żadne świętości.
Bezczelność i kpina ze wszelkich przejawów rzeczywistości stały się głównym atutem magazynu i to  w takim stopniu, że w czasach lat jego świetności, redaktorzy „MAD” niejednokrotnie byli brani pod lupę służb porządkowych, na czele z FBI pod rządami J. Edgara Hoovera.

Jako, że polska premiera magazynu miała miejsce w tym samym miesiącu co „Przebudzenie mocy”, na okładce nie mogło obyć się bez nawiązania do „Gwiezdnych Wojen”. Widzimy na niej wyraźnie zszokowanego C3PO, który na widok wyłaniającej się z wnętrza R2D2 postaci, z niedowierzaniem przykłada swoje metalowe, złote palce do metalowej buzi. Któż go tak zaszokował? Sam Alfred E. Neumann, rudowłosy, piegowaty chłopak z przerwą między zębami, który od lat jest kluczową figurą na łamach pisma. Po raz pierwszy  pojawił się centralnie wyeksponowany na okładce w trzydziestym numerze „MAD”, jako kandydat na prezydenta. Wcześniej,  jego dziecięco-idiotyczną twarz psotnika można było widywać w magazynie z kultowym podpisem – „What! Me worry?”, ale właśnie przy okazji  trzydziestego numeru, w oczach chłopaka pojawił się nagle przebłysk inteligencji.  Wszystko za sprawą drugiego po Harveyu Kurtzmanie wydawcy magazynu, Ala Feldsteina, który potrzebował dla „MAD” oficjalnego, rozpoznawalnego logo bądź wizerunku i zdecydował, że owa twarz, odpowiednio sportretowana, będzie w stanie wyrażać ideę pisma. Twarz chłopaka, z czasem nazwanego Alfred E. Neuman, który nawet w obliczu szaleństwa i rozpadu cywilizowanego świata, będzie w stanie zachować pełną humoru i bezczelności, życiową postawę.

Ta bezczelność i kpina ze wszelkich przejawów rzeczywistości stały się głównym atutem magazynu i to  w takim stopniu, że w czasach lat jego świetności, redaktorzy „Mad” niejednokrotnie byli brani pod lupę służb porządkowych, na czele z FBI pod rządami J. Edgara Hoovera. Mimo róznych przeciwności losu magazyn ciągle się ukazuje, od jego debiutu minęło już sześćdziesiąt trzy lata i jakiś czas temu świętowany był pięćsetny numer pisma. W wydanym przez Egmont albumie, polscy czytelnicy dostali zbiór kilkunastu parodii najsłynniejszych filmów z gatunku fantastyki, na czele z najczęstszymi w tej kompilacji odniesieniami do „Gwiezdnych Wojen”. Oprócz sagi Lucasa, znajdziemy tu nawiązania do absolutnych klasyków – „2001: Odysei kosmicznej”, „Planety małp”, dwóch części „Obcego”,  „E.T” i innych. Będą one zrozumiałe jedynie dla tych czytelników, którzy obejrzeli te wszystkie filmy, ponieważ każda z parodii bezpośrednio odnosi się do fabuły pierwowzoru, prezentując  ją w dużym, formalnym skrócie i rzecz jasna przetworzoną w satyrycznym duchu, przez tworzących na potrzeby „Mad” rysowników i scenarzystów.

Rysunkowo wychodzi to po prostu wspaniale, mamy do czynienia z absolutnym mistrzostwem cartoonowo-karykaturalnej kreski, na czele z pracami najczęściej tu oglądanego, Morta Druckera. Jeśli zaś chodzi o treść tych historyjek, to można mieć do nich kilka „ale”. Już po lekturze kilku opowieści zaczynamy zdawać sobie sprawę, że prezentowane w nich żarty są właściwie na jedno kopyto. Mamy tu połączone dwie szkoły parodii – po pierwsze dostajemy nowe, przefiltrowane przez satyryczną wyobraźnię twórców wersje poszczególnych, znanych z filmów fabuł, choć wciąż utrzymane w ramach pierwowzorów. Po drugie, autorzy punktują w nich wszelkie idiotyzmy, ograniczenia  bądź niedoróbki fabularne parodiowanych dzieł, często zestawiając je z pozafilmową rzeczywistością. Najlepiej wyszło to bezspornie w połączonej parodii „Planety Małp” i jej kilku (niepotrzebnych) sequelów, cieszy również wyjątkowo udanie punktująca wszystkie logiczne nieścisłości oryginału, satyryczna wersja kinowego „Z Archiwum X – Pokonać przyszłość”, na czele z prześlicznie bełkotliwą wypowiedzią komiksowego odpowiednika agentki Scully. Problem w tym, że ta solidna dawka ośmieszonego SF jest nie do przejścia w jednorazowym podejściu, po jakimś czasie zaczyna nużyć monotonią przewidywalnych chwytów. Wyraźnie wówczas czuć, że ta formuła o wiele lepiej musi sprawdzać się w wersji pojedynczej, kiedy parodia przypisana jest do konkretnego numeru magazynu.

Dlatego też najlepiej sobie te historyjki oszczędnie dawkować bądź  przerywać ich lekturę na rzecz zaprezentowanych tu w charakterze urozmaicenia, komiksowych stripów (dużo zabawy zapewniają także satyryczne w formie ogłoszenia, odnoszące się do sagi Lucasa). Twórcy, zarówno w tych dłuższych historyjkach, jak i w tych składających się z kilku kadrów, bezlitośnie jadą  po wszystkim i po wszystkich, wielokrotnie zadziwiając inwencją – bo któżby ośmielił się w tak jawny sposób żartować ze świętej krowy SF, jaką jest „2001: Odyseja Kosmiczna” Kubricka? W „MAD kręci SF” okazuje się, że owszem, można sobie pozwolić. Co prawda, podczas lektury niejednokrotnie poddajemy w wątpliwość poziom i zasadność wybranych żartów. Sedno sukcesu „MAD” tkwi jednak w tym, że nie protestujemy przeciwko tej prostej i eksploatowanej w magazynie idei, że po prostu można to robić. Można, a w wielu przypadkach nawet trzeba, co bez żadnych krępacji udowadniają nam, stojący za poszczególnymi parodiami twórcy.

Albatros
Poprzedni

Jak w niebie - bajkowa powieść romantyczna [recenzja]

Legacy-of-Kain
Następny

Legacy of Kain - Gdyby Szekspir pisał o wampirach... [recenzja]

Tomasz Miecznikowski

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki", jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz