KOMIKS 

Malcolm Max #1: Porywacze ciał – Steampunkowy kryminał [recenzja]

Wiktoriański Londyn w oparach wrzącej wody, grozy i gotyku z lekką nutką erotyki.

Jest koniec XIX wieku. W Londynie zamieszkiwanym przez bohaterów Arthura Conana Doyle’a i Charlesa Dickensa technologia rozwija się w szalonym tempie. Jednak obok samobieżnych pojazdów i humanoidalnych robotów napędzanych parą, na ulicach spotkać też można kapłanów voodoo, powstających z grobów zmarłych i piękną półwampirzycę, która asystuje detektywowi działającemu na zlecenie Tajemnej Loży, czyli tytułowemu Malcolmowi Maxowi. Ta dwójka badaczy zjawisk paranormalnych próbuje rozgryźć sprawę brutalnych morderstw na przypadkowych kobietach i połączyć ją z coraz bardziej nasilającymi się kradzieżami zwłok. Prowadzone równolegle śledztwa odkryją przed nimi mroczne tajemnice miasta, a z łowców przeobrażą w zwierzynę.

Mannigen serwuje typowo kryminalną fabułę, która staje się jednak solidnym fundamentem do nakreślenia bardzo ciekawej wizji wiktoriańskiej Anglii. Postawione zagadki i droga do ich rozwiązania owszem, są zajmujące, ale tym co najbardziej chwyta za duszę to rozbudowane tło wydarzeń. Scenarzysta wrzuca do opowieści nie tylko galerię osobliwych postaci, maszkar i wynalazków, ale też przemyca wiele ładnie wplecionych faktów historycznych i społecznych, którym poświęca sporo uwagi. A więc przy okazji magicznych obrzędów i spektakularnych bijatyk, poznamy też ciężki los kobiet dążących do emancypacji i kulisy pracy profesjonalnych złodziei zwłok działających na zlecenie uniwersytetów. A gdzieś w tle usłyszymy dodatkowo echa działań Thomasa Creama i Kuby Rozpruwacza oraz wiele nienachalnych nawiązań do dzieł popkultury rozgrywających się, bądź tworzonych w tych czasach.

Zgrabnie przyrządzona (choć nieco przegadana) i wciągająca fabuła podana jest sympatyczną, cartoonową kreską, która doskonale pasuje do steampunkowej estetyki. Romling sporo uwagi poświęca tłom i dekoracjom, dbając o historyczne detale fryzur, kostiumów jak i architektury, a przy tym ma szerokie pole do popisu w kreacji automatów i seksownych, gotyckich strojów półwampirzycy Charismy. “Malcolm Max” okazuje się w efekcie świetnie skomponowanym komiksem, należącym do gatunku tych, do których chce się często wracać. Ot solidna niemiecka produkcja.

Tekst pierwotnie ukazał się w miesięczniku Nowa Fantastyka #5/2016
rys. Glenn Fabry
Poprzedni

Imperium zmutowanych wojowników, czyli Żółwie Ninja kontratakują

Kick-ass 2
Następny

8 komiksów nie dla dzieci z dziecięcymi bohaterami [ranking]

Paweł Deptuch

Paweł Deptuch

Miłośnik komiksów, scence-fiction, pulpy i kryminału. W latach 2004-2010 redaktor naczelny serwisu Carpe Noctem. Współpracował m.in. z Bicepsem, Czachopismem, Ziniolem, Kolorowymi Zeszytami, a swego czasu prowadził stałe kolumny związane z fantastyką w lokalnych periodykach. Od 2006 r. stały współpracownik miesięcznika Nowa Fantastyka. Autor kilku scenariuszy komiksowych i opowiadań. Legniczanin. Tata.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz