KOMIKS 

Merlin: Kanapka z Szynką / Merlin kontra Święty Mikołaj – to nie jest komiks dla grzecznych dzieci [recenzja]

Joann Sfar jako scenarzysta „Merlina” ucieka od klimatu swych innych, urokliwie-błyskotliwych opowieści. Tym razem, w brawurowy sposób łączy humor abstrakcyjny z mocno przyziemnym, najwidoczniej odpowiadając na potrzeby dzisiejszych, młodych czytelników.
„Merlin” ma o wiele więcej wspólnego z dajmy na to, „Monty Pythonem i Świętym Graalem”, niż z typowymi opowieściami osadzonymi w świecie arturiańskim.

Na rodzimym rynku komiksowym historyjki obrazkowe dla dzieci wcale nie mają łatwo. Wiele serii prezentowanych polskim czytelnikom, z braku większego zainteresowania umarło śmiercią naturalną. Od lat o popularyzację tej formy popkultury dzielnie walczą Egmont, czy choćby Kultura Gniewu,  publikując kolejne tytuły z oferty zagranicznej, a także racząc nas komiksami z ojczystego poletka. Fakt, że nawet szalenie popularny we Francji „Titeuf” w pewnym momencie przestał być u nas wydawany, świadczy o tym, jak trudny i nieprzewidywalny jest to segment rynku. Wydawcy jednak nie poddają się łatwo. W postaci opublikowanego przez Wydawnictwo Znakomite „Merlina” (nota bene podobnego z ducha do „Titeufa”), mamy przykład, że wciąż trwa walka o młodego czytelnika. Choć rzecz jasna, przy wielu podobnych tytułach, także tym ze scenariuszem Sfara i rysunkami Munuery, powinni dobrze bawić się również dorośli czytelnicy.

W swoim scenariuszu, całe kulturowe zaplecze stojące za arturiańskimi legendami Sfar postawił na głowie. Merlin jest tu rezolutnym malcem, który na razie tylko podejrzewa, że posiada czarodziejskie moce, ale jak możemy zaobserwować, w ogóle nie potrafi nimi operować. A reszta świata przedstawionego? Zapomnijmy o średniowiecznym sztafażu i o historycznym zapleczu – nie o to się w tej serii rozchodzi i dlatego twórcy korzystają z nich z wielką swobodą. Owszem, dostaniemy (rozkapryszoną) księżniczkę, średniowieczny zamek, ale też (bardziej sympatyczne niż przerażające) ogry, a w drugim tomie nawet pojedynek z niebezpiecznym, bo odmienionym na skutek działania pewnego czaru, Świętym Mikołajem. Słowem miszmasz, który ma przede wszystkim zapewnić dobrą zabawę i który wszelką tradycję stojącą za jednoznacznie kojarzącym się tytułem komiksu traktuje z wielkim przymrużeniem oka. „Merlin” ma o wiele więcej wspólnego z dajmy na to „Monty Pythonem i Świętym Graalem”, niż typowymi opowieściami osadzonymi w świecie arturiańskim. I wcale to nie przeszkadza. Najważniejsza jest tu abstrakcja, czarny i grubiański momentami humor, zabawa słowem i proste, nawiązujące do tradycji komiksu humorystycznego rysunki. No i sami bohaterowie: Merlin oraz Kanapka z Szynką.

A tak, szczególnie w tym dziwacznym zestawieniu daje się odczuć poziom zabawy, jaką musieli mieć twórcy podczas tworzenia komiksu. Kanapka i Szynka to bowiem nietypowi przyjaciele młodego Merlina. Bynajmniej nie są to wcale postacie ludzkie, tylko gadająca i wielce inteligentna świnia (Szynka), która podaje się za obarczonego klątwą czarownika oraz sympatyczny ogr (Kanapka), który od chwili gdy zaczyna być towarzyszem Merlina, rezygnuje ze swojego ulubionego ponoć dania (czyli kanapki z dzieckiem). Po tej krótkiej charakterystyce bohaterów wiemy dużo więcej na temat tego, jakim rodzajem humoru operują tu twórcy. Powinien on szczególnie trafić do starszych uczniów podstawówki i wczesnego gimnazjum, bo bardzo dobrze odpowiada ich luźnemu podejściu do rzeczywistości, z którym obnoszą się również bohaterowie komiksu. Przede wszystkim, w postaci „Merlina” udało się scenarzyście stworzyć komiks przepełniony na wskroś współczesnym typem rozrywki, nie tracąc przy tym charakterystycznego dla siebie umiłowania dla absurdu i abstrakcji. To fabuła wyciosana z mało wysublimowanego materiału, humor miejscami może nie najwyższych lotów, ale obcowania z czymś takim wszyscy czasem potrzebujemy. Z podobnymi potrzebami na pewno nie kryją się dzieciaki i to im powinien „Merlin” przypaść do gustu, ale i dorosły czytelnik podczas jego lektury uśmiechnie się nie raz, przypominając sobie dawne, spędzane z kumplami ze szkoły czasy.

Filia
Poprzedni

Dziewczyna w walizce - szalone ścieżki miłości [recenzja]

the power of music
Następny

The Power of Music - Blue Öyster Cult odrodzony [recenzja]

Tomasz Miecznikowski

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki", jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz