KOMIKS 

Mroczna Wieża: Bitwa o Tull – daleko od Wieży [recenzja]

Komiksowa „Mroczna Wieża” dostała nagłego przyspieszenia. Zaledwie miesiąc po wydaniu „Siostrzyczek z Elurii”, polscy czytelnicy dostają do rąk kolejny tom – „Bitwa o Tull”.
W „Bitwie o Tull”, Roland tropiąc czarownika trafia do mało przyjaznej osady, w której to, zgodnie z prawidłami westernu, będzie w końcu musiał zrobić pożytek ze  swoich dwóch sześciostrzałowców.

Te dwa wymienione wyżej tomy serii jakoś szczególnie przypadły mi do gustu, być może dlatego, że są najbardziej bliskie książkowym oryginałom. To, co twórcy robili przy wcześniejszych częściach było rodzajem i rysunkowego, i fabularnego eksperymentu, który zbierał tyle samo pochwał, co nagan. Dość dziwacznie wypadał „Początek podróży”, wydany przed „Siostrzyczkami z Elurii”, prezentując zupełnie nową i niestety dość przeciętną historię z przeszłości Rolanda. Wspominam o tym fakcie, ponieważ „Początek podróży” razem z „Bitwą o Tull” stanowią pewną klamrę, znaną doskonale czytelnikom pierwszego tomu książkowego „Rolanda”. Klamrę nieco przemontowaną, przez stojących za fabułą komiksów Robin Furth i Petera Davida.

O co chodzi? Roland idzie przez pustynię w ślad za człowiekiem w czerni. Po drodze natyka się na domostwo niejakiego Browna, zresztą dość ciekawą postać. W książkowej wersji to jemu opowiada niezwykle ponure wydarzenia z Tull, natomiast w „Początku podróży” Brown wysłuchuje zupełnie innej opowieści, trochę udziwnionej i na pewno nie tak mocno określającej realia Świata Pośredniego i samą figurę Rolanda. Dla mnie to trochę zgrzyt, ale trudno, pastwił się nie będę, szat rozdzierał również, taki był koncept twórców i tyle. Na całe szczęście, komiksowa „Bitwa o Tull” broni się jako samodzielna historia i dobrze oddaje znany z książkowego oryginału, posępny urok pierwszego tomu kingowego cyklu.

„Bitwa o Tull”, to pomijając brak Browna, niemal dosłowne przełożenie na język komiksowych kadrów i dymków pierwszego, długiego rozdziału z „Rolanda”, w książce zatytułowanego po prostu, ale też jakże dobitnie – „Rewolwerowiec”. Wieża jest jeszcze bardzo, bardzo daleko. Roland tropiąc czarownika trafia do mało przyjaznej osady, w której to, zgodnie z prawidłami westernu, będzie w końcu musiał zrobić pożytek ze swoich dwóch sześciostrzałowców. Jedyną życzliwą mu osobą jest tu barmanka Allie, reszta zaś knuje za plecami rewolwerowca, który jakby samemu prowokując wszystkich wokół, za każdą usługę płaci hojnie złotymi monetami. Z czasem dowiadujemy się, że przez Tull przechodził wcześniej ścigany przez Rolanda Walter O’Dim, który dokonał w osadzie parodii cudu zmartwychwstania, a także  zastawił na rewolwerowca zmyślną pułapkę.

Użyłem wyżej słowa „western”, które w przypadku książkowego „Rolanda” i komiksowej „Bitwy o Tull”  jest kluczowe. Młody Stephen King oparł postać bohatera „Mrocznej Wieży” w głównej mierze na wykreowanej przez Sergio Leone w spaghetti westernach figurze samotnego i skutecznego rewolwerowca, którego w filmach odtwarzał Clint Eastwood. Mam do „Rolanda” wielki sentyment, szczególnie do pierwszej, nie poprawionej, niezwykle surowej wersji sprzed 2003 roku. Pierwsza powieść cyklu nie była jeszcze typowym Kingiem, taką jest dopiero druga część, czyli „Powołanie Trójki”. „Roland” zaś jest książką młodego człowieka, trochę egzaltowaną w formie, ale mającą też w sobie (podobnie jak choćby „Wielki Marsz”) potężny ładunek wściekłości oraz niechęci dla ogranych konwencji, stąd też „Bitwa o Tull” kończy się tak, a nie inaczej. Rewolwerowiec nie jest tu ani romantycznym młodzieńcem po przejściach, ani późniejszym, nieco zdziwaczałym kumplem towarzyszy wyprawy. W tej odsłonie to bohater wyjątkowy, postać o mitologicznym rysie będąca  bezlitosną i zgorzkniałą, opanowaną żądzą zemsty maszyną do zabijania, która jest w stanie zrobić wszystko (co dobitnie pokazał King w dalszych rozdziałach powieści), by zrealizować swój cel. Taki podróżujący w pojedynkę Roland jest fascynujący i enigmatyczny i wcale jeszcze nie daje się lubić, dawką sympatii obdarzymy go dużo, dużo później. Na razie, co dobrze oddaje komiksowa opowieść o jego pobycie w Tull, drogę do Wieży musi sobie wystrzelać. Samotnie, bez swojego ka-tet, niczym prawdziwy (anty)bohater spaghetti westernów.

Interscope
Poprzedni

Honeymoon – patologiczny miesiąc miodowy [recenzja]

Island
Następny

Wilder Mind – wilki, potwory i oczy węża [recenzja]

Tomasz Miecznikowski

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki", jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz