KOMIKS 

Najdłuższy dzień przyszłości – ciężki dzień w pracy [recenzja]

Nieme komiksy zawsze stanowią wyzwanie – zarówno dla twórców, jak i dla czytelników. Może nawet bardziej dla tych pierwszych. Jak opowiedzieć skomplikowaną historię bez użycia słów, jak podać niuanse? Zadania podjął się argentyński rysownik Lucas Varela. Zobaczcie, jak sobie poradził w „Najdłuższym dniu przyszłości”.

Przyszłość. Światem rządzą dwie korporacje spożywcze. Wszelkie linie podziału – społecznego, towarzyskiego, osobistego, przebiegają wzdłuż linii wytyczonej przez finansowe molochy. Układ działa sprawnie i choć zdarzają się tarcia, to panuje tu konsumpcyjna równowaga. Sytuacja zmienia się, gdy przybysz z innej planety gubi w okolicy tajemniczą walizkę…

SF bliskiego zasięgu spotyka „Adventure time” i razem wybierają się do Jetsonów. Dorzućmy do tego trochę niemego Cyanide and Happiness z nutką makabry oraz creepującego gore – i voila!

Scenariusz może nie grzeszy oryginalnością, ale widać, że Varela stanął na głowie, by opowiedzieć dosyć złożoną historię. By udowodnić, że może. Operuje klarowną symboliką, a żeby czytelnik (widz?) lepiej się w dziele odnalazł – dorzuca zabawę charakterystycznymi kliszami z kina czy książek. Mamy tu trochę klasycznych zagrywek i estetyki wyciągniętej z lat 50′, ale to wszystko sprzyja zorientowaniu w historii. Przy tym wszystkim komiks porusza kilka zgranych, ale wciąż istotnych zagadnień. Opowiada o widmie konsumpcjonizmu i konfliktach, jakie rozgrywają się na tym tle. To trochę, jakby napuścić na siebie dwa wrogie fandomy, uzbrojone w gadżety ulubionych brandów. Varela daje nam możliwość oglądania, co zajdzie w takiej sytuacji.

A jak to wszystko wygląda? SF bliskiego zasięgu spotyka „Adventure time” i razem wybierają się do Jetsonów (wskazówka dla młodszych czytelników: to ten serial z wytwórni Hanna-Barbera). Dorzućcie do tego trochę niemego Cyanide and Happiness z nutką makabry oraz creepującego gore – i voila! Mamy „Najdłuższy dzień przyszłości”. Kreska jest prosta i klarowna, choć trochę odjechana. Rysunki w prosty sposób oddają szaleństwo, pęd i korpo-rutynę przedstawionego świata. Varela bardzo sprawnie opowiada swoją historię za pomocą niemych kadrów. Gdzieś po drodze natrafiłem na jeden czy dwa mniej czytelne momenty, ale zaraz potem wszystko wracało do właściwego tempa.

Dodam, że „Najdłuższy dzień przyszłości” jest debiutem autora na naszym rynku. Z trudnego zadania wyszedł obronną ręką. Dostajemy może nie odkrywczy, ale na pewno porządny komiks, któremu zdecydowanie warto poświęcić czas.

carpenter
Poprzedni

GoreKTYW - Halloween, czyli Carpenter vs Zombie

Prószyński i S-ka
Następny

Bazar złych snów - Stephen King, historia choroby [recenzja]

Hubert Sosnowski

Hubert Sosnowski

Rocznik 1991, zodiakalny bliźniak, który raz nie może usiedzieć w miejscu, a kiedy indziej zaszywa się w swojej pieczarze. Z tego tytułu znajduje czas zarówno, na wyżywanie się na macie, jak i wycieczki w świat filmów, książek, komiksów, gier, larpów i muzyki, a czasem nawet i w otchłań studiów. Opublikował parę tekstów tu i tam, w "Science Fiction Fantasy i Horror", "LiteRacjach" oraz w portalach internetowych. Od 2014 regularnie publikuje w Dzikiej Bandzie.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz