KOMIKS 

One-Punch Man #2 – cudna superbohaterska komedia [recenzja]

“One-Punch Man” był dla mnie jedną z najciekawszych superbohaterskich propozycji zeszłego roku. To taki przyjemny komiks stojący gdzieś pomiędzy “Supermanem” i “Avengersami” a “Dragon Ballem” i “Power Rangers”.

Scenarzysta o pseudonimie ONE doprowadza w serii do pewnego dysonansu. Z jednej strony mamy do czynienia z opowieścią zakorzenioną kulturowo w japońskim popie, gdzie umowność i nadekspresyjność odgrywają olbrzymią rolę, a z drugiej w amerykańskim micie superbohaterskim, który w ostatnich latach coraz bardziej próbuje dotknąć realizmu. To co ostatecznie udało mu się osiągnąć okazuje się być nad wyraz świeżą, przezabawną  i świadomą swoich wad mieszanką.

Tytułowy Saitama to heros z depresją, której powodem jest jego ogromna siła. Nie trafił jeszcze na żadnego przeciwnika, czy to ziemskiego, czy z kosmosu czy też z samego dna piekła, którego nie pokonałby jednym ciosem. W drugim tomie znudzony, apatyczny ale też niezwykle sympatyczny w swojej naiwności bohater stawia czoła kolejnym pojawiającym się wyzwaniom – Swarożukowi, czyli istocie będącej kolejnym krokiem w ewolucji człowieka, oraz Naddźwiękowemu Sonicowi, czyli wojownikowi ninja o aparycji kobiety. Scenarzysta dba o to, aby każdy pojedynek był interesujący i oryginalny. W zasadzie same starcia trwają raptem kilka ujęć, a ważniejsze staje się to jak do nich dochodzi. ONE buduje interesującą otoczkę wokół kolejnych przeciwników, tworząc dla nich całe fabularne zaplecze, a tym samym swoistą mitologię uniwersum. Dostajemy więc genialnego naukowca z przerośniętym ego, tworzącego humanoidalne hybrydy ludzi i zwierząt, cyborga przydupasa, potężnego i szalonego mutanta, który z powodzeniem zasiliłby szeregi przeciwników Power Rangers, sfiksowanych i opancerzonych bojowników utopii, których celem jest nie pracować, narcystycznego ninja oraz wisienkę na torcie, czyli Rower Rangera, będącego najpotężniejszym ładunkiem śmiechu w całym albumie.

“One-Punch Man” to cudna superbohaterska komedia czerpiąca garściami zarówno z japońskiej jak i amerykańskiej pulpy, robiona z przymrużeniem oka, bez zbędnego patosu i zadęcia. Główny bohater jest diablo ciekawy, a pomysł na to jak zdobył swoje umiejętności jest genialny w swej prostocie – jak cały komiks zresztą.

Albatros
Poprzedni

Hipoteza zła - Carrisi bardzo dobry, ale tym razem nie znakomity [recenzja]

Techland
Następny

Daj się porwać Deponii Doomsady [konkurs]

Paweł Deptuch

Paweł Deptuch

Miłośnik komiksów, scence-fiction, pulpy i kryminału. W latach 2004-2010 redaktor naczelny serwisu Carpe Noctem. Współpracował m.in. z Bicepsem, Czachopismem, Ziniolem, Kolorowymi Zeszytami, a swego czasu prowadził stałe kolumny związane z fantastyką w lokalnych periodykach. Od 2006 r. stały współpracownik miesięcznika Nowa Fantastyka. Autor kilku scenariuszy komiksowych i opowiadań. Legniczanin. Tata.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz