KOMIKS 

One-Punch Man #3 – licencja na superbohaterstwo [recenzja]

“One-Punch Man” to taki mały fenomen – komedia ze sztukami walki w duchu “Dragon Balla”, która jednak bardziej stawia na rozwijanie świata i bohaterów niż bijatyki i pojedynki.

Owszem, efektowna naparzanka jest tutaj niezmiernie ważna, wokół niej rozgrywa się cała fabuła i to ona napędza bohaterów, ale nie da się nie zauważyć, że jest też sprowadzona, w pewnym sensie, do marginesu. Ważniejsze jest wszystko to, co toczy się dookoła samej walki, czyli codzienne egzystencjalne perypetie Saitamy, który próbuje ułożyć sobie życie dzięki działalności superbohaterskiej i cyklicznym przecenom w supermarketach oraz poboczne historie wszelkiej maści złoczyńców, potworów i innych herosów, których ścieżki krzyżują się z głównym bohaterem. W efekcie sztuki walki okazują się być niezwykle przyjemną wisienką na torcie, dodatkiem umilającym i tak fenomenalnie podaną fabułę.

W trzecim tomie One jeszcze bardziej brnie w parodię, nabijając się ze smakiem z superbohaterskich drużyn, sposobach rekrutacji i panujących w nich zasad. Dzięki temu jeszcze bardziej eksponuje zagubienie Saitamy, który choć jest najsilniejszy i z palcem w nosie pokona herosa nawet z najwyższą rangą, tak naprawdę superbohaterem być nie potrafi, choć z całego serca tego pragnie. Z tymże w serii jest różnica między byciem bohaterem działającym na licencji i należącym do Związku, a bohaterem z powołania, walczącym dla wyższych idei. Ten dysonans generuje całe mnóstwo zabawnych i nieprzewidywalnych sytuacji oraz wywołuje przyjemne uczucie obcowania z bardzo nieschematyczną opowieścią spod znaku lateksowych majtek na spodnie. Scenarzysta wyłamuje się z utartych torów, stosuje proste, ale w tej prostocie genialne, chwyty i udowadnia, że do tego skostniałego gatunku można jeszcze dorzucić parę cennych groszy. Z kolei tytułowy Saitama, nieco zagubiony, naiwny lekkoduch, to jedna z najoryginalniejszych postaci w superbohaterskim panteonie na przestrzeni ostatnich lat.

“One-Punch Man” z dynamicznymi rysunkami Yusuke Muraty to obecnie jedna z ciekawszych propozycji gatunkowych na rynku, która wiele serii z Marvela czy DC pozostawia daleko w tyle. Zamiast brnąć w pseudorealizm serwuje po prostu przednią zabawę.

DC Entertainment
Poprzedni

Seksowna wariatka, Harley Quinn!

DC Entertainment
Następny

Legion samobójców - festiwal zmarnowanego potencjału [recenzja]

Paweł Deptuch

Paweł Deptuch

Miłośnik komiksów, scence-fiction, pulpy i kryminału. W latach 2004-2010 redaktor naczelny serwisu Carpe Noctem. Współpracował m.in. z Bicepsem, Czachopismem, Ziniolem, Kolorowymi Zeszytami, a swego czasu prowadził stałe kolumny związane z fantastyką w lokalnych periodykach. Od 2006 r. stały współpracownik miesięcznika Nowa Fantastyka. Autor kilku scenariuszy komiksowych i opowiadań. Legniczanin. Tata.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz