KOMIKS 

Początki Marvela. Lata sześćdziesiąte – fabularne suchary i przebłyski geniuszu [recenzja]

Oto album, który każdy fan Marvela powinien mieć w swojej kolekcji. W sześćdziesiątym ósmym numerze WKKM zebrano genezy większości najważniejszych postaci komiksowego uniwersum Domu Pomysłów. O dziwo, te historie to obowiązkowy materiał nie tylko dla wielbicieli trykociarzy. Sporo do powiedzenia na temat prezentowanych fabuł mieliby również psychoanalitycy.

Jak to dobrze, że Sean Howe napisał „Niezwykłą historię Marvel Comics” (w oryginale „untold”). Dzięki niemu, na legendarnych twórców patrzy się bardziej jak na nierzadko sfrustrowanych rzemieślników, niż na filary popkultury. W zawartych w „Początkach Marvela” opowieściach, wymyślone przez Stana Lee fabuły są prostackie, z dzisiejszego punktu widzenia seksistowskie i pełne przyprawiających o ból zębów sucharów. W połączeniu z nieskomplikowanymi scenariuszami, słynne rysunki Jack’a Kirby’ego w niezamierzony (ale kto go tam wie?) sposób ociekają momentami psychodelią. X-Meni w swoim pierwszym występie są nieprzekonującą bandą popisujących się szczeniaków, a Magneto jest bardziej śmieszny niż straszny. Wujek Ben w ogóle nie wypowiada słów o kryjącej się za wielką mocą  odpowiedzialności, poucza nas o tym serwujący pompatyczne mądrości narrator. W tle niemal każdej historii czają się komuniści, z których najbardziej intrygujący jest ten z pierwszej opowieści o Iron-Manie, rozgrywającej sie w Wietnamie. Oczywiście każdy z superbohaterów przede wszystkim gada, gada walcząc, biegnąc, frunąc, gada do siebie, właściwie nie przestaje gadać – co to ma być, jakiś Woody Allen? Człowiek śledzi z niedowierzaniem te prostackie fabuły, zgrzyta zębami, krzywi się, wzdycha i jakoś nie może przestać czytać. Bo gdzieś zza tego wszystkiego docierają do nas przebłyski geniuszu, w których jest urok przecierania szlaków i zalążek przyszłego, ogarniającego wyobraźnię milionów fanów popkultury mitu.

W „Początkach Marvela” każdy z superbohaterów przede wszystkim gada, gada walcząc, biegnąc, frunąc, gada do siebie, właściwie nie przestaje gadać ani na chwilę – co to ma być, jakiś Woody Allen?

Dlatego też nie sposób uczciwie ocenić tego albumu. Jeśli napiszę, że większość tych originów to zwykły crap (krótkie historie Ant-Mana i Wasp są naprawdę beznadziejne), to albo zostanę zlinczowany, albo usłyszę – „weź sam wymyśl coś takiego, czym zachwyca się już kilka pokoleń”. Jeśli padnę na kolana, oddam należny hołd i oświadczę, że te historie są genialne, wspaniałe, a Stan Lee jest najlepszym na świecie komiksowym scenarzystą, to po prostu się ośmieszę. Prawda leży gdzieś pośrodku. Stan Lee i spółka wymyślili szereg rozpalających wyobraźni postaci. Zarys genez jest tak  ponadczasowy, że do dzisiaj niewiele trzeba w nich poprawiać. Kuleje sama fabuła, momentami wyglądająca jakby pisano ją na kolanie, jakby twórców goniły terminy i z tego powodu musieli stosować prostackie, fabularne  chwyty – po prawdzie, nie są to chyba wcale moje gdybania. Ale jest też coś więcej.

Podobnie jak w serii Nienackiego o Panu Samochodziku, z originów przebijają frustracje i pragnienia zwykłego faceta, który choćby na chwilę chciałby oderwać się od przyziemnej rzeczywistości, chciałby coś znaczyć. W zaprezentowanych w albumie genezach ta chwila nagle nadchodzi, bohater zaczyna wreszcie coś znaczyć i wraz z tą świadomością, oprócz nieprzewidzianych komplikacji pojawiają się również spore pokłady autoironii i zgorzknienia.  Dlatego też kłóciłbym się z tezą, że te stare historie to typowe produkcyjniaki dla wielkiej rzeszy dzieciaków. Dla mnie są bardziej świadectwem tamtych lat, udowadniającym, że popkultura serwuje nam często ciekawszy ogląd rzeczywistości, potrafiący lepiej określić potrzeby i odczucia wielkiej grupy odbiorców, niż jakieś wielkie, mainstreamowe dzieła.  To potrzeby, które po dziesięcioleciach realizują się na naszych oczach. Chyba sami twórcy nie przypuszczali, że tworząc te historie, tworząc całe uniwersum Marvela, największą i docelową grupę oddanych wielbicieli znajdą w odległej zdawałoby się  przyszłości.

Niebieska Studnia
Poprzedni

Fight Club 2 #1 - ten przerażający Tyler Durden [recenzja]

Hachette
Następny

Kraina Cieni - Daredevil po Ciemnej Stronie Mocy [recenzja]

Tomasz Miecznikowski

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki", jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz