KOMIKS 

Powóz Lorda Bradleya – przedobrzona metafora [recenzja]

Czasami trafiają się dzieła, z którymi nie wiadomo co począć. Sprawnie zrealizowane, z pomysłem, ale po przeczytaniu, przesłuchaniu lub obejrzeniu, nie wiemy, co z tym fantem zrobić. Żałować straconego czasu czy zapisać sobie kolejną kontrowersyjną lekturę do kolekcji? Czytelnik zmierzy się z takim dylematem, jeśli sięgnie po „Powóz lorda Bradleya”.
Lektura męczy, brudzi, a garść refleksji, które pozostawia – nie jest współmierna do plugastwa, jakie sprezentowano nam bardzo dosłownie w pierwszych rozdziałach.

Manga Hiroaki Samury („Miecz nieśmiertelnego”) to historia eksperymentu społecznego przeprowadzonego w realiach zbliżonych do schyłku wiktoriańskiej Anglii. W więzieniach tytułowego lorda Bradleya co roku odbywa się tak zwany Festiwal Ofiarny. Polega on na dostarczaniu więźniom młodych dziewcząt, na których skazańcy mogą zbiorowo dać upust najpodlejszym żądzom. „Impreza” trwa aż do zużycia zapasów. Wierzcie mi, autor nie oszczędza nam tych scen – zwłaszcza w pierwszych rozdziałach.

Skąd Bradley i jego sługusy biorą dziewczyny? Zgarniają je z okolicznych sierocińców pod pretekstem naboru do trupy operowej. I rzeczywiście – te najlepsze się dostają, cała reszta zaś zostaje rzucona na żer zwyrodnialców. I proceder tak sobie trwa

Historię Festiwalu Ofiarnego śledzimy z różnych perspektyw – maltretowanych dziewczyn, strażnika więzienia, więźnia, który brał w tym udział czy wreszcie dziewcząt, którym się udało dostać do opery. Wielogłosowa narracja daje iluzję, że ciężko odpowiedzieć na dylematy, jakie tekst przed nami stawia. Że nie ma tu dobrego wyboru.

Podstawowe pytanie, jakie stawia „Powóz lorda Bradleya” brzmi: jak daleko można się posunąć, by zachować ład społeczny? Dylemat brzmi ciekawie, tyle że… jego prezentacja jest równie naciągana, co dorabianie ideologii do „Serbskiego filmu”. Umówmy się, gwałt jest złem, nie ma od tego odwołania, ani usprawiedliwień. Jeśli do zachowania porządku społecznego potrzeba czegoś tak ohydnego, to to jest, za przeproszeniem, gówno, nie porządek społeczny. Autor zwyczajnie przestrzelił, przedobrzył z metaforą. To już obie części „Nocy oczyszczenia” lepiej trafiały w sedno tego typu zagadnień, choć skupiały się na akcji i jatce.

Nie zrozumcie mnie źle. Od strony technicznej, artystycznej – manga zawiera szczegółowe i klimatyczne rysunki – i narracyjnej „Powóz lorda Bradleya” zdaje egzamin. To bardzo sprawnie skonstruowana historia, ze znośną puentą, ciekawie poprowadzona, z kilkoma błyskotliwymi momentami. Problem w tym, że lektura męczy, brudzi, a garść refleksji, które pozostawia – nie jest współmierna do plugastwa, jakie sprezentowano nam bardzo dosłownie w pierwszych rozdziałach.

Czy w związku z tym odradzam lekturę? Nie, nie mogę tego zrobić z czystym sumieniem, to zbyt porządnie wykonana robota, a twórcy jednak o coś chodziło. Po prostu czytacie na własną odpowiedzialność.

Juan Gimenez Dzika Banda 20
Poprzedni

Juan Gimenez - twarde science fiction z domieszką erotyzmu [galeria]

wściekłe psy
Następny

Wściekłe psy [recenzja 2 – konkurs Grindhouse]

Hubert Sosnowski

Hubert Sosnowski

Rocznik 1991, zodiakalny bliźniak, który raz nie może usiedzieć w miejscu, a kiedy indziej zaszywa się w swojej pieczarze. Z tego tytułu znajduje czas zarówno, na wyżywanie się na macie, jak i wycieczki w świat filmów, książek, komiksów, gier, larpów i muzyki, a czasem nawet i w otchłań studiów. Opublikował parę tekstów tu i tam, w "Science Fiction Fantasy i Horror", "LiteRacjach" oraz w portalach internetowych. Od 2014 regularnie publikuje w Dzikiej Bandzie.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz