KOMIKS 

Równonoce – metafizyka prozy życia [recenzja]

Na okładce „Równonocy” są mijający się, zapatrzeni gdzieś przed siebie ludzie. Ta zatrzymana w kadrze scena, to przecież obrazek znany doskonale każdemu, kto rankiem pędzi do pracy. Kwintesencja prozy życia, której portret w rękach Cyrila Pedrosy nabiera nagle metafizycznego wręcz wydźwięku.
Jeśli można z czymś formalnie i fabularnie porównać „Równonioce”, to nasuwają się w pierwszej kolejności wielowątkowe filmy Altmana i tkane z codziennych zdarzeń opowiadania Carvera.

Nie wiem, jak napisać recenzję „Równonocy”. Zdradzanie fabularnych ścieżek komiksu Pedrosy jest jak wbicie noża w  serce rodzącej się na naszych oczach opowieści, dlatego nie zamierzam tu niczego zdradzać. Przez długi czas nie wiadomo, o co w tej opowieści chodzi, a wrażenie to potęgują umieszczone na początku każdego, poświęconego kolejnej porze roku rozdziału krótkie epizody z życia młodego łowcy, rozgrywające się przed piętnastoma tysiącami lat. Co mają wspólnego z historiami życia kilku, może kilkunastu postaci przewijających się w komiksie? Coś mają, choć „historie życia” to może za dużo powiedziane. Dawno nie spotkałem dzieła, w którym tak doskonale byłaby uchwycona zwyczajność ludzkich życiorysów – taka naprawdę totalna i na pierwszy rzut oka mało atrakcyjna fabularnie zwyczajność. Ludzie kłócący się, rozmawiający, wspominający, dokonujący racjonalnych, bądź nieracjonalnych wyborów, umierający, chwytający życie i samotni, nawet gdy przebywają ze sobą. O czym tu czytać, co tu oglądać, po co się w ogóle zmuszać, jeśli w zamian dostajemy jedynie to, co znamy doskonale z naszego życia?

Aby uciec od zwyczajności, w dzisiejszych czasach zanurzamy się częstokroć w świecie atrakcyjnej fikcji, wykreowanej przez artystów i rzemieślników literatury bądź filmu. Kompletną, choć przecież tylko chwilową ucieczkę od naszego „tu i teraz”, potrafią zapewnić nam także komputerowe gry. Kręcą nas szczególnie dokonania, płynące z obcowania z konkretnymi gatunkami – fantastyką, kryminałem, horrorem, thrillerem. Jeśli trafi się już jakieś dzieło o silnych walorach obyczajowych, to musi zostać podane z naddatkiem, ubrane często w przesadzoną komedię, bądź dramat, tak by dało się to czytać lub oglądać bez znudzenia.  Historie stricte obyczajowe poznikały gdzieś z horyzontu, by do nich dotrzeć trzeba się bardzo naszukać, bo przecież nikt ich nie promuje. Paradoksem jest, że komiks, kojarzony przez ogół jedynie z pulpą, z miałkością fabularną, z gatunkowymi kliszami i byciem towarem przeznaczonym dla dzieci (ewentualnie dużych dzieci), stał się współcześnie ostoją i skarbnicą obyczajowych historii. „Blankets”, „Opowieści z hrabstwa Essex”, „Fun Home”, „Ethel i Ernest. Prawdziwa Historia” i wiele innych tytułów udowadniają, że w popkulturowym zalewie jest wciąż miejsce dla opowieści bez potworów, superbohaterów, geniuszów zbrodni i zwyrodniałych morderców. Każdemu z nas należy się czasem chwila wytchnienia od efektownych, popkulturowych atrakcji. Znakomicie rozumie to Cyril Pedrosa, w „Równonocach” proponując nam, żebyśmy na chwilę przystanęli i dostrzegli niezwykłość kryjącą się za historiami o szarych ludziach.

Pedrosa stworzył wcześniej jeden z moich ukochanych komiksów, czarno-białe „Trzy cienie”, kto nie zna, natychmiast powinien nadrobić braki, bo to rzecz wyjątkowa. „Portugalia”, w kontekście bajkowych i metaforycznych „Trzech cieni” zaskakiwała obyczajową historią o cierpiącym na niemoc twórczą rysowniku i jego podróży do miejsc z dzieciństwa, magia wylewała się tu nawet bardziej z palety kolorów użytych przez Pedrosę, niż z samej opowieści.  W „Równonocach” przez długi czas nie łapiemy tego, charakteryzującego twórczość artysty magicznego klimatu, ale w końcu, o tak, w końcu ten moment nadchodzi, przeszłość zazębia się z teraźniejszością, ludzkie losy, zdawałoby się zupełnie oddzielne,nagle stają się wspólne, a zwykłość wydarzeń nabiera metafizycznego charakteru. Jeśli można z czymś formalnie i fabularnie porównać ten komiks, to nasuwają się w pierwszej kolejności wielowątkowe filmy Altmana i tkane z codziennych zdarzeń opowiadania Carvera. Poza tym, „Równonoce” to formalne cudo, cztery narysowane i pomalowane w innej technice rozdziały, a przed nimi cztery niezwykłe epizody sprzed tysięcy lat, korespondujące w zaskakujący sposób z losami współczesnych bohaterów. Mamy tu też duże, prozatorskie wstawki, będące efektem działania kluczowej postaci komiksu, czyli pewnej dziewczyny robiącej zdjęcia przypadkowym osobom. Ktoś lub coś zatrzymane w kadrze. Chwila, która przeminęła, a jednak trwa. O tym w dużej mierze – o przemijaniu i jednocześnie o nieprzemijaniu, o drugim człowieku i całym jego, często innym od naszego świecie, ukrywającym się za tą jedną sekundą, w czasie której zwrócił twarz w stronę obiektywu czyjegoś aparatu – jest komiks Pedrosy. Ale nie tylko o tym. Kto chce wiedzieć więcej i dostrzec więcej, musi przeczytać.

UIP
Poprzedni

Gęsia skórka - idealne kino rodzinne [recenzja]

Egmont
Następny

Star Wars Komiks #1/2015: Skywalker atakuje - powrót do korzeni [recenzja]

Tomasz Miecznikowski

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki", jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz