KOMIKS 

X-Men: Rozłam – Wojna domowa dla ubogich [recenzja]

„Civil War” – to było coś. Jeden z największych crossoverów Marvela zebrał mieszane recenzje, ale ostatecznie narobił szumu i podbił sprzedaż. To się przeżywało jak relację z prawdziwego konfliktu. Nic więc dziwnego, że wydawnictwo chciało powtórzyć sukces. Raz czy drugi – tak jak w „Rozłamie” Jasona Aarona. Z różnym skutkiem.
Ostatecznie z „Rozłamu” wyszło takie bieda-„Civil War”, które śledziło się niemal jak relacje z prawdziwej wojny. Niniejszy tom to co najwyżej walka kogutów.

Mutantów zostało niewielu, raptem kilkuset, ale za to są zjednoczeni jak nigdy. Mieszkają na wyspie Utopia, którą rządzi Cyclops. Przywódca wraz z Wolverinem wyrusza na międzynarodową konferencję poświęconą zbrojeniom. Na zgromadzenie wparowuje mutant-telepata i zmusza wszystkich zgromadzonych liderów, by wyjawili przed kamerami małe i duże grzeszki. Tak mógłby wyglądać początek końca świata, ale cała nienawiść skupia się na mutantach. Co bardziej krewcy politycy odkurzają Sentinele i przygotowują się do ataku na Utopię… Sytuacja zmusi Cyclopsa do zaangażowania młodziutkich rekrutów w walkę. Nie każdemu się to podoba. W sprawę jest zamieszany Hellfire Club, który posunie się do każdej podłości, by osiągnąć cel.

Historia z pozoru wygląda na przyjemny standardzik, typową opowiastkę o zaszczuciu mutantów. Tyle, że mieliśmy dostać epicką fabułę na miarę „Civil War”, opowieść w której siostra staje przeciwko bratu, przyjaciel walczy z przyjacielem, a miłość rozpada się w drzazgi. Tymczasem Aaron zaserwował nam burzę w szklance wody. Historia jest miałka, zawiązanie akcji wygląda na totalnie naciągane i do bólu ograne. Co gorsza, pojedyncze twisty fabularne to kalki powtórek z ogranych schematów. Wątki prowadzone są nijak, dialogi to mielenie utartych sloganów, które czytaliśmy już tysiąc razy. Pomiędzy sterty przeciętniactwa scenarzyście udało się wcisnąć raptem jeden ciekawy motyw. Udział dzieci i młodzieży w starciach zbrojnych. Zagranie ciekawe, kontrowersyjne – i kluczowe dla rozwoju fabuły. W dobie bezwzględnych wojen w Afryce i na Bliskim Wschodzie taka problematyka tylko zyskałaby na nośności. A jednak nawet to okazało się pozbawione wyrazu. Tu mogło pojawić się tyle pytań, tyle niejasności, pola do rozważań. Cała para poszła jednak w gwizdek.

Co gorsza, festiwalu zmarnowanego potencjału nie ratują też rysunki. Bywają spektakularne – wszyscy lubimy patrzeć na krągłości Emmy Frost i Rogue – ale zazwyczaj orbitują na poziomie mocno średnim. A chwilami spadają niżej. „Rozłam” spełnia swoją funkcję jako zmiana statusu quo. Wprowadza grupę w nową sytuację. Jeśli chcemy lepiej zrozumieć niektóre wydarzenia w seriach wydawanych przez Egmont, chcąc nie chcąc, wypada sięgnąć po ten tom WKKM.

Ostatecznie z „Rozłamu” wyszło takie bieda-Civil War. Pozbawione tempa i dramatyzmu pierwowzoru. Co by o historii Millara nie mówić, była totalna. Naprawdę zatrząsła posadami uniwersum i na kilka dobrych lat zmieniła oblicze superbohaterskiej społeczności. Tamte wydarzenia śledziło się niemal jak relacje z prawdziwej wojny. Niniejszy tom to co najwyżej walka kogutów. Co gorsza, Marvel próbował jeszcze raz w „Avengers vs X-men”.

Jason Aaron chciał napisać coś dobrego. Miał ambicje, by przekazać coś więcej niż łupaninę z Sentinelami i grupą nawiedzonych terrorystów. Wyszło jak zwykle. Tylko gorzej.

crimson peak recenzja
Poprzedni

Crimson Peak. Wzgórze Krwi - Cyfrowe duchy pana del Toro [recenzja]

Matt Dixon Robots DB
Następny

Samotne roboty Matta Dixona [galeria]

Hubert Sosnowski

Hubert Sosnowski

Rocznik 1991, zodiakalny bliźniak, który raz nie może usiedzieć w miejscu, a kiedy indziej zaszywa się w swojej pieczarze. Z tego tytułu znajduje czas zarówno, na wyżywanie się na macie, jak i wycieczki w świat filmów, książek, komiksów, gier, larpów i muzyki, a czasem nawet i w otchłań studiów. Opublikował parę tekstów tu i tam, w "Science Fiction Fantasy i Horror", "LiteRacjach" oraz w portalach internetowych. Od 2014 regularnie publikuje w Dzikiej Bandzie.

4 Comments

  1. 2015-10-25 at 07:18 — Odpowiedz

    „Co by o historii Bendisa nie mówić, była totalna”
    Tylko, że Civil War nie było Bendisa a Millara.

  2. Paz
    2015-10-26 at 10:37 — Odpowiedz

    Schism nigdy nie miał być Civil War, więc nie wiem po co co chwilę te porównania do komiksu Millara.
    Poza tym Civil War to jeden z tych gorszych crossoverów, więc wywyższanie go jest conajmniej dziwne, chyba że po prostu nie czytałeś jeszcze innych eventów i innych serii, bo Twoje braki widać i w tej recenzji. Schism był zwieńczeniem coraz bardziej nasilającej się różnicy zdań Cyclopsa i Wolverine’a, którą to na każdym kroku było widać. Ten komiks po prostu miał za zadanie podzielić ich i otworzyć furtkę na dwie nowe serie, dopiero w Avengers vs. X-men miało dojść do konfrontacji, a nie tylko różnicy zdań.
    Następnym razem polecam podchodzić do komiksów z lepszym nastawieniem i bez uprzedzeń typu „miało być Civil War”

  3. Anonim
    2015-10-26 at 19:44 — Odpowiedz

    Żałosna recenzja.

Dodaj komentarz