KOMIKS 

Sanktuarium #3: MOT – solidny blockbuster [recenzja]

Z finałami dobrych serii jest zazwyczaj tak, że nie potrafią sprostać oczekiwaniom odbiorców, których presja często jest tak wielka, że demotywuje twórców. “Sanktuarium” nie rozczarowuje. O ile nie nastawialiście się na coś wybitnego.

Trylogia Dorisona i Beca od samego początku nie udawała wielkiego dzieła. Garściami czerpała z gatunkowych dokonań, wykorzystywała klisze, cytowała kultowe dzieła a jej nadrzędnym celem było po prostu dostarczenie solidnej i wciągającej rozrywki. W zasadzie jej jedynymi oryginalnymi elementami są gęsta horrorowa atmosfera, scenograficzny rozmach oraz wykorzystanie mało znanej, a przez to atrakcyjnej, mitologii ugaryckiej, czyli wierzeń jednego z najbardziej tajemniczych starożytnych plemion. I w takim kształcie “Sanktuarium” sprawdza nad wyraz dobrze.

Uwięziona w podwodnej jaskini zdziesiątkowana przez tajemnicze choroby i zjawiska załoga USS Nebraska podejmuje ostatnią próbę wydostania się na powierzchnię. W jej szeregach następuje jednak rozłam, a przez to ukryta w megalitycznym sanktuarium, oddziałująca na żołnierzy siła jest coraz bliżej wydostania się ze swojej klatki.

Dorison to sprawny rzemieślnik, kolejne wydarzenia składające się na zbliżającą się katastrofę rozgrywa jak w starym powiedzeniu, “śpiesz się powoli”, dzięki czemu umiejętnie podsyca atmosferę i stopniuje napięcie. W nastrojową akcję ratunkową wplata kolejne odpowiedzi dotyczące osobliwych legend oraz sceny rodem z rasowych horrorów. Fabuła jest więc solidnie rozplanowana i poukładana, i nawet bardzo nie przeszkadza jej przewidywalność. Skutecznie odwraca od niej uwagę Bec i jego wizje podziemnych, starożytnych i megalitycznych struktur, które przytłaczają swym ogromem, ale też zachwycają osobliwym, groteskowym pięknem. Uchwycone pod różnym kątem, odpowiednio oświetlone robią duże wrażenie. Trochę rozczarowuje wizerunek tytułowego Mota, jakby żywcem zaczerpnięty z “Władcy życzeń”, ale powiedzmy idealnie wpisuje się on w festiwal filmowych zapożyczeń jakie wielokrotnie znajdziemy w ‘Sanktuarium”. Zawsze też miło popatrzeć jak na “jednym planie” spotykają się Bruce Willis, Johnny Deep, William Hurt, Beau Bridges i wiele innych znanych twarzy, ozdabiających głównych bohaterów.

“Sanktuarium” kończy się w spektakularny sposób, niczym w amerykańskich blockbusterach, nie ma w nim żadnych zaskoczeń i nieprzewidywalnych zwrotów. Z jednej strony może się to nie spodobać, zawieść oczekiwania, a z drugiej autorzy jasno dawali do zrozumienia, że ostatecznie możemy liczyć wyłącznie na poziom na jakim została umieszczona cała opowieść. Tak więc rozczarowania nie ma, a czas spędzony nad serią uważam za mile spędzony.

roman wilhelmi biografia
Poprzedni

Roman Wilhelmi. Biografia - Jak żyć z Dyzmą [recenzja]

Jaguar
Następny

Klejnot, Biała róża - młodzieżowa antyutopia dla fanek Rywalek [recenzja]

Paweł Deptuch

Paweł Deptuch

Miłośnik komiksów, scence-fiction, pulpy i kryminału. W latach 2004-2010 redaktor naczelny serwisu Carpe Noctem. Współpracował m.in. z Bicepsem, Czachopismem, Ziniolem, Kolorowymi Zeszytami, a swego czasu prowadził stałe kolumny związane z fantastyką w lokalnych periodykach. Od 2006 r. stały współpracownik miesięcznika Nowa Fantastyka. Autor kilku scenariuszy komiksowych i opowiadań. Legniczanin. Tata.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz