KOMIKS 

Secret Wars – Mały wielki koniec świata [recenzja]

Niedawno pojawił się ostatni numer wielkiego wydarzenia jakim było „Secret Wars”. Miało ono zmienić świat Marvela, jak żadne dotąd. Słyszeliśmy to już nie raz. Dlaczego mielibyśmy się nabrać na kolejne hasła reklamowe?

Bo tym razem wydawnictwo nie brało jeńców. Pierwszy raz w swej historii miało odwagę, by wysadzić budowane przez siedemdziesiąt lat uniwersum w powietrze. Nie zabijało drużyny, którą potem by z łatwością wskrzesiło, nie podmieniało postaci za maską. Nie. Dokonało niemal całkowitej czystki. Skończyło trwającą nieprzerwanie przez siedem dekad historię wielu bohaterów. DC wprawdzie uskutecznia takie zagrywki z pewną regularnością, ale w przypadku Marvela – dostaliśmy małą rewolucję.

Dla porządku warto wspomnieć, że to nie pierwszy crossover tego wydawcy o tym tytule. Legendarne „Tajne Wojny” z lat osiemdziesiątych nie wprowadzały jednak aż tak daleko idących zmian, opowiadały o walce gdzieś na końcu kosmosu o prawo do spełnienia życzeń. Tym razem dostaliśmy historię o wymiarze globalnym, opowieść, która odbija się echem po całym Multiversum.

Dzięki wyobraźni Jonathana Hickmana dystopijna historyjka w alternatywnym uniwersum przeradza się w nowy mit założycielski Marvela.

Architektem obecnej pierestrojki jest scenarzysta Jonathan Hickman. Fundamenty pod event kładł w dwóch seriach – „Avengers” i „New Avengers”, których pierwsze tomy można przeczytać już w Polsce (więc jeśli nie chce psuć sobie zakończenia tych serii, nie czytajcie tego tekstu dalej). Mściciele nie tylko zmagali się z kolejnymi przeciwnikami, ale przede wszystkim próbowali wyjaśnić tajemnicę zderzeń światów, po których oba uniwersa na kursie kolizyjnym ulegały zniszczeniu. W toku akcji okazało się, że tym razem największe umysły pośród superbohaterów przegrały z kretesem. Apokalipsa stała się faktem. Desperackie próby odwleczenia nieuchronnego końca były jedną z lepszych lektur, jaką Dom Pomysłów zaserwował w ostatnich latach. Tam mogliśmy przeczytać o prawdziwym heroizmie i poświęceniu, a obok klasycznych zagrywek Marvela dostaliśmy kadry, od których przechodziły ciary. Im bliżej końca, tym bardziej temperatura rosła. To była historia o aniołach, które ostatni raz walczą o ocalenie wszystkiego. O aniołach, które upadają, by osiągnąć cel. O aniołach, które tym razem przegrywają. A potem… musieliśmy pożegnać uniwersum, które rosło przez ostatnie sześćdziesiąt lat.

Pozostało tylko „Secret Wars”. Historia zabiera nas do Battleworldu – świata,  który Dr Doom odtworzył ze strzępów rzeczywistości po katastrofie. Miejsce to przypomina Ziemię tylko w zarysie. Świat podzielono na domeny rządzone przez namiestników Boga Imperatora. Składają się z łat stanowiących odbicia multiversum. Doom zaś ogłosił się kierownikiem tego interesu i zarządza z wysokości. Dysponuje przy tym ogromną mocą, na każde skinienie ma policję, w której każdy funkcjonariusz ciska piorunami na prawo i lewo. Nad wszystkim góruje zaś ściana, oddzielająca cywilizowane miejsca od otchłani zaludnionej przez najgorsze maszkarony z całego Multiversum. Cała sytuacja przypomina siedzenie na beczce prochu i oczekiwanie na iskrę. Ta zaś spada z nieba pod postacią dwóch kapsuł ratunkowych. Pierwsza za pasażerów ma niedobitki tych dobrych, druga – tych odrobinę mniej dobrych. Nikomu z ocalałych nie odpowiada zaś to, co zastali…

„Secret Wars” wraca do znanych i lubianych motywów dystopijnego świata, jednak robi to w spektakularny sposób. Na kierowniczych stanowiskach w świecie Boga Imperatora Dooma zasiadają dobrze znani bohaterowie i złoczyńcy. I tak jedną domeną może rządzić Mr. Sinister, a o drugą biją się Tony Stark ze Stevem Rogersem. Silne osobowości utrzymują jako taki porządek w domenach, jednak wszyscy przeczuwają, że świat z marzeń Dooma nie jest do końca tym, w którym chcieliby się znaleźć. Że nie tak to powinno wyglądać i coś tu nie działa, jak powinno.

Na pierwszy rzut oka koncepcja nie wydaje się porywająca czy oryginalna, ale wyobraźnia autora ożywiła ograny pomysł i nadała mu intrygujące znaczenie. Dzięki Jonathanowi Hickmanowi dystopijna historyjka w alternatywnym uniwersum przerodziła się w nowy mit założycielski Marvela. Tutaj Human Torch został słońcem, zaś Ben Grimm – The Thing – Murem broniącym świat przed wszystkim, co najgorsze. Ocaleli ze starego świata są tu jak bogowie. Jeden z nich stworzył kaleki świat z niczego i walczy z resztą o kształt swego dzieła. Nie jest to jednak typowe starcie dobra ze złem, lecz walka idei – oraz ludzi, którzy poświęcili wszystko w imię ocalenia choćby strzępów świata. Co ciekawe, to intymne sceny odgrywają kluczową rolę w epickiej opowieści Hickmana. Rozmowy w cztery oczy, kilkuosobowe spotkania i pojedynki stanowią esencję historii.

W osiągnięciu wrażenia rozmachu i mitologicznego wymiaru całej historii pomagają piękne i spektakularne rysunki Esada Ribica. Artysta operuje precyzyjną, lekką kreską, świetnie cieniuje. Pierwsze panoramy Battleworldu zwalają z nóg. Znane motywy graficzne złożył w monumentalny obraz nieprzyjaznego miejsca, które nie działa tak jak powinno. Kadry ukazują zarówno majestat tego, co osiągnął Doom, jak i grozę, nad którą nie do końca panuje. Potężne panoramy kryją zepsucie tego świata, walkę o resztki normalności. Rysownik zaś bardzo dobrze radzi sobie zarówno w kameralnych, intymnych scenach, jak i wielkich epickich bitwach.

Komiks zapowiada nowe rozdanie, nową jakość. Jak każdy reset/reboot – miał umożliwić odsianie bzdur i nielogiczności, które nagromadziły się przez lata. I rzeczywiście sporo tu uporządkowano.

By w pełni cieszyć się komiksem, trzeba sięgnąć po kilka serii pobocznych. Tie-iny wzbogacają obraz Battleworldu oraz dopełniają historię. W samym „Secret Wars” pojawia się kilka gwałtownych przeskoków czasowych i dochodzi do wydarzeń, które wyglądają jak deus ex machina, choć w istocie są konsekwencją wydarzeń dziejących się poza kadrem. W praktyce wygląda to tak, że na początku Hickman pisał z pietyzmem, jakby się nigdzie nie spieszył. Powoli, pieczołowicie i z namaszczeniem oprowadzał nas po wykreowanym świecie, budował wielką historię i dawał pięć minut każdemu z bohaterów. Wyglądało to trochę, jakby kładł podwaliny pod serię, która powinna trwać co najmniej kilkanaście numerów. I tak została przedłużona o jeden rozdział. Scenarzysta musiał najwyraźniej strasznie ciąć materiał, bo w dwóch trzecich fabuły akcja staje się strasznie rwana i dopiero w okolicach ładnej, kameralnej – a zarazem posiadającej wymiar globalny – puenty  odzyskuje odpowiednie tempo.

Przez pośpiech nie każda scena działa z taką siłą, jak powinna. Świetnie ilustruje to kontrast w przypadku rozmowy Bena Grimma i Thanosa. Na przestrzeni ostatnich miesięcy mogliśmy ją przeczytać dwa razy – w serii głównej oraz w „Siege”, opowiadającym o wydarzeniach na Murze oddzielającym Battleworld od wypełnionego Marvel Zombies i innymi maszkaronami piekła na ziemi. Hickman potraktował sprawę zdawkowo, ale na tyle ładnie, by popchnąć historię do przodu. W tie-inie zaś analogiczna scena jest dłuższa, buduje odpowiednie napięcie, zaś dialogi wraz z puentą historii przyprawiają o autentyczne ciary.

Widać, że głównemu architektowi „Secret Wars” zabrakło miejsca, by wykorzystać rozpęd, którego nabierał na początku. Gdyby miał trzy-cztery zeszyty więcej, prawdopodobnie otrzymalibyśmy jedną z najwspanialszych opowieści w historii wydawnictwa. Tak zaś powstał komiks jedynie bardzo dobry. Niezależnie od potknięć – ma momenty zdumiewające. Warto przeczytać ten nowy mit założycielski i zobaczyć, jak rodzi się nowe uniwersum Marvela. Zwłaszcza, że prędzej czy później dotrze do Polski.

logo atom comics

the_revenant
Poprzedni

"Zjawa", czyli Prawdziwa historia Hugh Glassa

Media Rodzina
Następny

Pax #4: Bjera - więcej psychoprzemocy [recenzja]

Hubert Sosnowski

Hubert Sosnowski

Rocznik 1991, zodiakalny bliźniak, który raz nie może usiedzieć w miejscu, a kiedy indziej zaszywa się w swojej pieczarze. Z tego tytułu znajduje czas zarówno, na wyżywanie się na macie, jak i wycieczki w świat filmów, książek, komiksów, gier, larpów i muzyki, a czasem nawet i w otchłań studiów. Opublikował parę tekstów tu i tam, w "Science Fiction Fantasy i Horror", "LiteRacjach" oraz w portalach internetowych. Od 2014 regularnie publikuje w Dzikiej Bandzie.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz