KOMIKS 

Sędzia Dredd: Heavy Metal Dredd – Spersonifikowany testosteron [recenzja]

Sędzia Dredd, mimo że stoi po stronie prawa i nosi fikuśny uniform, w żadnym razie nie jest superbohaterem.

Po latach nieobecności na polski rynek powraca jedna z najbardziej ikonicznych postaci brytyjskiej popkultury. Sędzia Dredd to mocno przerysowana esencja amerykańskiego bohatera, łącząca w sobie cechy Brudnego Harry’ego, Franka Bullitta, Paula Kerseya i… Józefa Stalina. Jest jednocześnie policjantem, sędzią i egzekutorem, a jego zadanie to natychmiastowe ukrócenie jakiegokolwiek przejawu działalności przestępczej, co w większości przypadków kończy się dla skazanego zgonem. Twórcy opowieści o Dreddzie od końca lat 70. szydzą z dumnych amerykańskich wartości doprowadzając je do granic absurdu i groteski, wyolbrzymiają i parodiują styl życia Wujka Sama, a przy tym konstruują odważne i wyłamujące się ze schematów fabuły.

Z kolei “Heavy Metal Dredd” to “Sędzia Dredd” podniesiony do kwadratu, zbiór luźnych opowieści: absurdalnych, głupich, surrealistycznych, gorszących, śmiesznych w ten wstydliwy sposób, przepełnionych nieuzasadnioną brutalnością, agresją, szaleństwem, ostrą muzyką i hektolitrami testosteronu. Wagner i Grant poszli w tym niekanonicznym cyklu na całość i jeszcze jeden krok dalej. Nie hamowali się w żaden sposób, czego efektem są jednocześnie zabawne i niesmaczne historyjki jak “Wielki Dupolini” i “Małpowanie”, czy skrojone wyłącznie pod efektowną demolkę “Fan” i “Najbardziej niebezpieczna gitara na świecie”. W zbiorze znalazło się dziewiętnaście epizodów, a ich wspólnym mianownikiem są heavymetalowe motywy, które raz pełnią role dekoracji w tle, a czasem stają się pełnoprawnymi bohaterami opowieści. Jednak tym co najbardziej rzuca się w oczy jest radosna i beztroska przemoc rodem ze shlasherów, która wypełnia praktycznie każdy kadr albumu.

Czy “Heavy Metal Dredd” to dobry punkt do rozpoczęcia przygody z twardzielem, który sam siebie nazywa Prawem? Z jednej strony nie do końca, bo w tym przypadku mamy do czynienia z parodią parodii, która nawet przez fanów uznawana jest za ciekawostkę, ale z drugiej strony, jeśli przetrwamy tą bezkompromisową jazdę bez trzymanki, znacznie łatwiej prześlizgniemy się do tego właściwego uniwersum Dredda, oferującego o wiele bardziej absorbujące opowieści. W tym roku pojawił się już album „Mroczna sprawiedliwość„, a przed nami jedna z najlepszych historii, czyli „America”.

Filia
Poprzedni

Dziewczyna z Summit Lake – śmiertelna wyliczanka [recenzja]

Egmont
Następny

Star Wars Komiks 4/2016: Darth Vader v2: Cienie i tajemnice - Detektyw Sith [recenzja]

Paweł Deptuch

Paweł Deptuch

Miłośnik komiksów, scence-fiction, pulpy i kryminału. W latach 2004-2010 redaktor naczelny serwisu Carpe Noctem. Współpracował m.in. z Bicepsem, Czachopismem, Ziniolem, Kolorowymi Zeszytami, a swego czasu prowadził stałe kolumny związane z fantastyką w lokalnych periodykach. Od 2006 r. stały współpracownik miesięcznika Nowa Fantastyka. Autor kilku scenariuszy komiksowych i opowiadań. Legniczanin. Tata.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz