KOMIKS 

Sędzia Dredd: Mroczna sprawiedliwość – kosmiczny blockbuster [recenzja]

Po ponad czternastu latach na polski rynek, w formie albumów, powracają przygody Sędziego Dredda, jednej z najbardziej ikonicznych, bezkompromisowych postaci komiksu brytyjskiego i komiksu w ogóle.

Piękne w tej opowieści jest to, że nie ma w niej miejsca na kompromisy, owszem do pewnego stopnia podąża utartymi ścieżkami i czerpie ze znanych klisz, ale pozostawia po sobie słodko gorzki posmak.

W przyszłym roku Dredd obchodzić będzie czterdziestolecie swego istnienia, dobrze więc, że chwilę wcześniej Studio Lain przypomina o jego istnieniu. Bohater stworzony przez Johna Wagnera i Carlosa Ezquerrę pojawiał się w Polsce od przypadku do przypadku, a to w crossoverach z Batmanem, Lobo czy Predatorem, a to okazjonalnie na łamach magazynu “Świat Komiksu”, by ostatecznie zaliczyć wydawniczy zgon albumem “Fetysz”, który spotkał się z zupełnym niezrozumieniem czytelników. Przez te ostatnie lata Dredd nie zmienił się ani o jotę, natomiast polscy odbiorcy widocznie dojrzali, bo nakład wydanych dotąd dwóch albumów (“Heavy Metal Dredd” i niniejszy) ekspresowo się kończy. W planach są dwa kolejne (kultowa “America” i “Kompletne akta t. 13”), a kto wie jakie jeszcze niespodzianki przyniesie ten rok, który skromnie można już nazwać rokiem Dredda.

“Mroczna sprawiedliwość”, w odróżnieniu od “Heavy Metal Dredd”, to pozycja bardziej przyjazna do wskoczenia w to pełne przemocy uniwersum. Opowieść, choć odwołuje się w pewnym stopniu do poprzednich potyczek Dredda z Mrocznymi Sędziami, jest autonomiczna i nie wymaga znajomości wcześniejszych przygód. Sędzia Śmierć ponownie zbiera swoich braci by karać zbrodnię jaką jest życie. Jednak tym razem jego nadrzędnym celem jest zupełnie coś innego, coś co dla Dredda i Anderson może okazać się bardziej nieprzyjemne niż zazwyczaj.

John Wagner serwuje nastawioną na akcję, bardzo spektakularną historię, której siłą jest m.in. to co ukryte między wierszami. Punktem wyjścia dla niej jest motyw równie ciekawie rozegrany co w serialu “Ascension” Philipa Levensa, w którym grupa kolonistów wyrusza w międzygwiezdną podróż poszukując dla siebie nowego domu. Oczywiście Wagner nie byłby sobą gdyby nie rozegrał tego w bardziej przewrotny, uszczypliwy sposób doprawiony subtelnym czarnym humorem i krwawą tragedią. Piękne w tej opowieści jest to, że nie ma w niej miejsca na kompromisy, owszem do pewnego stopnia podąża utartymi ścieżkami i czerpie ze znanych klisz, ale pozostawia po sobie słodko gorzki posmak – w tym konflikcie nie ma ani wygranych ani przegranych.

Piękną ozdobą albumu są fenomenalne fotorealistyczne ilustracje Grega Staplesa, który od początku do końca sam zajmował się grafiką. Malowanie tej opowieści zajęło mu blisko dwa lata, ale efekt przekracza wszelkie oczekiwania. Kolorystyka, faktury i ilość detali po prostu zachwyca, a poukrywane to tu, to tam smaczki w postaci nawiązań do “Aliens” Jamesa Camerona świetnie nastrajają. Już dla samych rysunków warto więc sięgnąć po “Mroczną sprawiedliwość”, a i historia, skrojona niczym letni blockbuster (która zresztą doskonale nadaje się na kontynuację “Dredda” z Karlem Urbanem), nie zawodzi na żadnym poziomie.

Uniwersum Dredda ma do zaoferowania ogrom absorbujących, nieszablonowych historii i mam nadzieję, że do marca 2017, czyli do czterdziestolecia Dredda, doczekamy się jeszcze więcej polskich wydań. Jak dla mnie dzień sądu mógłby być każdego miesiąca.

Nienormalny Bialystok
Poprzedni

Popkulturą w Disco Polo, czyli Zenek Martyniuk z muralem w Białymstoku

Media Rodzina
Następny

Śnieżka musi umrzeć - pesymistyczny festiwal bezwzględności [recenzja]

Paweł Deptuch

Paweł Deptuch

Miłośnik komiksów, scence-fiction, pulpy i kryminału. W latach 2004-2010 redaktor naczelny serwisu Carpe Noctem. Współpracował m.in. z Bicepsem, Czachopismem, Ziniolem, Kolorowymi Zeszytami, a swego czasu prowadził stałe kolumny związane z fantastyką w lokalnych periodykach. Od 2006 r. stały współpracownik miesięcznika Nowa Fantastyka. Autor kilku scenariuszy komiksowych i opowiadań. Legniczanin. Tata.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz