KOMIKS 

Silas Corey #4 – Testament Zarkoff 2/2 – w stylu Jasona Bourne’a [recenzja]

Na drugą odsłonę przygód Silasa Coreya w dylogii „Testament Zarkoff” trzeba było poczekać cierpliwie kilka długich miesięcy, ale było warto. Cyniczny, francuski bohater zalicza powrót w bardzo dobrym stylu.
Kinowy „Jason Bourne” i komiksowy „Testament Zarkoff” są energetyczne, emocjonujące, pomysłowo zmontowane, ale ciężko o nich powiedzieć, że są fajne.

W kontekście fabuły komiksu, „przygody” to zresztą niezbyt nieadekwatne określenie. W poprzednim tomie twórcy z pełną świadomością przesunęli akcenty z awanturniczej opowieści w stronę ponurej, sensacyjnej historii osadzonej w quasi-historycznych realiach, tuż po zakończeniu I wojny światowej. Tę zmianę dobrze odzwierciedlają okładki obu części. Pierwsza prezentuje nam przystojnego dandysa ze szpanerskim rekwizytem trzymanym w dłoni. Na drugiej widzimy bohatera odmienionego – Silas jest zaniedbany, zarośnięty na twarzy, ale też wyraźnie zdeterminowany. Znika gdzieś przynależny mu cynizm, liczy się tylko walka o przetrwanie – swoje i napotkanej podczas misji kobiety. Kobiety, która nagle staje się głównym celem dla ścigających tę dwójkę, przeważającej liczby oprawców.

Kobieta to Nina Zichler, żona poszukiwanego przez Silasa Johanna, spadkobiercy olbrzymiej fortuny madame Zarkoff. Wiele wskazuje na to, że mężczyzna został zlikwidowany i stąd to wielkie polowanie na Ninę, która w takim wypadku zostałaby jedyna spadkobierczynią majątku pożądanego przez tak wielu interesariuszy. Ta pogoń stanowi niemal całą treść albumu – nie ma tu miejsca na żadne dłuższe przestoje, jest akcja, są bezpardonowe walki, jest dużo krwi i kilka fabularnych niespodzianek. A wszystko to wplecione w historyczne tło z kosmetycznymi jedynie zmianami, które stanowią czytelne odniesienie do zagrożeń rodzącego się w Niemczech faszyzmu. I taka jest właśnie ta opowieść, kolejna z cyklu człowiek kontra historia. A że Silas jest za mądry na to, by wierzyć, że komukolwiek uda się ocalić świat przed losem, który raz za razem zgotowują mu jego mieszkańcy, skupia się przede wszystkim na ocaleniu chociaż jednej ludzkiej istoty, odgórnie skazanej na wyeliminowanie z gry.

Co najważniejsze – nie jest nam to przedstawione w stylu znanym z filmów o Jamesie Bondzie. W kinach bryluje obecnie najnowszy film o Jasonie Bournie w reżyserii Paula Greengrassa, specjalisty od sensacji o znamionach realizmu i to samo dostajemy w najnowszej odsłonie „Silasa Coreya”. Kinowy „Jason Bourne” i komiksowy „Testament Zarkoff” są energetyczne, emocjonujące, pomysłowo zmontowane, ale ciężko o nich powiedzieć, że są fajne. Nawet gdy wymyślony przez Ludluma bohater odzyskuje pamięć, nawet gdy jak nikt inny radzi sobie z kolejnymi zastępami przeciwników, nie przesłania to pesymistycznej wymowy opowieści, w której nie ma ucieczki przed systemem  – można wygrać z nim bitwę, ale na pewno nie wojnę.

Prawda jest taka, że małe zwycięstwa zdeterminowanych bohaterów są często okupione morzem krwi i duchową samotnością. Z pierwszego tomu pamiętamy, że dla Silasa ludzka radość z zakończenia wojny znaczyła tyle, co taniec na mogiłach poległych, a jego prowokacyjne zachowanie bardzo przypominało sposoby odreagowywania rzeczywistości przez Jasona Bourne’a na początku filmu. To może chociaż misja francuskiego cynika zakończyła się powodzeniem? Tak, to oczywiście istotne dla fabuły pytanie, bo przecież głownie tym emocjonujemy się w opowieści o cynicznym dandysie rzuconym prosto w młyny historii. A jednak, po zakończeniu lektury, rezultat misji bohatera staje się dziwnym trafem jakoś mniej istotny od tego, co tkwi w podtekstach, co dostrzegamy w tle. O tak, mocna rzecz ten „Silas Corey”. A nawet lepsza niż kinowy „Jason Bourne”.

Czarna Owca
Poprzedni

Zimne ognie - Thriller na chłodno [recenzja]

NO mans sky
Następny

Najciekawsze gry niezależne [ranking]

Tomasz Miecznikowski

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki", jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz