KOMIKS 

Śmierć – Nie taka straszna [recenzja]

Przychodzi po każdego. Wszyscy się jej boimy, bo po tej wizycie nie będzie już odwrotu. Spodziewamy się grozy i bolesnego końca. Tymczasem Śmierć okazuje się uroczą, młodą kobietą, ubraną na gotycką modłę. Jest sympatyczna, pełna ciepła i radości życia. Przynajmniej u Neila Gaimana.
To właśnie Śmierć jest największą atrakcją albumu.

„Sandman” stanowi fenomen, który zrewolucjonizował komiks i wyszedł poza jego ramy. Na tyle daleko, że może wreszcie doczekamy się ekranizacji (może filmu, może serialu…). Historia twórcy „Amerykańskich Bogów” była odjechana, inspirująca, nietuzinkowa. Autor przedstawiał na kolejnych planszach opowieść z rozmachem, ale jednocześnie konsekwentnie zmierzał do wielkiego finału. Przy okazji stworzył tak fajnych bohaterów i świat, że aż prosiło się o poboczne serie. Jedną z nich jest właśnie poświęcona ulubienicy czytelników „Śmierć”. Jak sobie radzi podczas solowych występów?

smierc

W albumie zawarto dwie historie poświęcone tylko i wyłącznie naszej Nieskończonej. W pierwszej – „Wysokiej cenie życia” – poznajemy szesnastoletniego nihilistę, Sextona Furnivala (z takim imieniem też popadłbym w jakąś dziwną filozofię). Nie ma kolegów, w niczym nie widzi sensu, a w dodatku matkę uważa za wariatkę (no dobra, ona rzeczywiście jest normalna inaczej…). Nieodczuwający radości życia dzieciak postanawia umrzeć, zostawia nawet list pożegnalny. Traf chciał, że podczas czarno-romantycznej wycieczki na wysypisko śmieci spotyka Śmierć we własnej osobie. I w ludzkiej formie. Nieskończona jest właśnie w trakcie przeżywania jednego dnia jako człowiek.

Pierwsza opowieść to typowy Gaiman, snujący współczesną baśń, gdzie niesamowitość miesza się z szarą codziennością. Jest magicznie, onirycznie, w gruncie rzeczy dosyć lekko. W drugiej historii, „Pełni życia”, autor uderza w bardziej ponure i gorzkie tony. Przedstawia nam losy pary lesbijek, które przewinęły się w poprzedniej części. Jedna z nich została muzyczną gwiazdą i robi karierę, druga zaś zajmuje się domem i dzieckiem. Swój związek trzymają w tajemnicy, ale generalnie jakoś sobie radzą. Niestety, wkrótce do ich życia zawita Nieskończona.

Gaiman stworzył bardzo mocną fabułę, poruszającą i uderzającą w emocjonalne tony. Bohaterowie są pełnokrwiści, jednych lubimy, inni nas wkurzają, ale to także dlatego, że przejmujemy się ich losem. To zresztą zawsze była silna strona twórczości Brytyjczyka. Lekkie schody zaczynają się, gdy mówimy o aktualności tych dzieł. W warstwie społeczno-obyczajowej straciły trochę na jakości. Stanowią bowiem idealną pocztówkę swojej epoki, lat ’90 i powolnego czołgania się w stronę nowego millenium. Sporo tu się mówi o strachu przed „coming outem” jednej z bohaterek. Widać wyraźnie, jaki autor miał cel, opowiadając historię w ten sposób. W przerwie między głównymi daniami dostajemy też małą, prowadzoną pół-żartem, pół-serio, uświadamiającą pogadankę Śmierci o HIV i bezpiecznym seksie. Cóż, dwadzieścia z okładem lat temu było to pewnie nieodzowne, by uświadamiać społeczeństwo („Sandman” i okolice wzbijał się na szczyty popularności i stanowił potężny środek przekazu). Wyważało wręcz drzwi zaryglowane przez przesądy, tabu i niewiedzę. Dziś jednak wybija z rytmu

W czasach, kiedy popularność Tatu dawno wywietrzała, a szok przeżywamy na widok scenicznej skromności, na nikim – poza ludźmi, którzy raczej i tak po „Śmierć” by nie sięgnęli – takie treści nie zrobią wrażenia. Niemniej, nawet w uświadamiających momentach i w tym drobnym dodatku album promieniuje wdziękiem i urokiem głównej bohaterki.

Bo to właśnie Śmierć jest największą atrakcją albumu. Śliczna, sympatyczna, pełna zrozumienia, kochająca człowieka, przeżywająca zachwyt nad drobiazgami. Siostra Snu to najciekawsza współczesna interpretacja poczciwej kostuchy obok Prattchetowskiego kosiarza, Eriksonowskiego Kaptura i Jeźdźca z Darksiders 2. Robi na tyle ujmujące wrażenie, że nawet słowo „kostucha” wydaje się jakieś… nie na miejscu.

Kreska może nie powala, ale ładnie komponuje się z narracją i trzyma nastrój. Każdy artysta, który przyłożył rękę do tego albumu osiągnął przynajmniej cel: sprawił, że Śmierci nie da się nie lubić i nie uznać za śliczną.

Mimo pewnej archaiczności, „Śmierć” Gaimana pozostaje świetnym, zrealizowanym z wyobraźnią czytadłem, które spokojnie można przyswoić w oderwaniu od opus magnum pisarza.

tides-from-nebula-safehaven
Poprzedni

Safehaven - Podróż do innego świata [recenzja]

konkurs_zaproszenia-plyty-dvd1
Następny

Poznajcie "Plan Maggie" - konkurs

Hubert Sosnowski

Hubert Sosnowski

Rocznik 1991, zodiakalny bliźniak, który raz nie może usiedzieć w miejscu, a kiedy indziej zaszywa się w swojej pieczarze. Z tego tytułu znajduje czas zarówno, na wyżywanie się na macie, jak i wycieczki w świat filmów, książek, komiksów, gier, larpów i muzyki, a czasem nawet i w otchłań studiów. Opublikował parę tekstów tu i tam, w "Science Fiction Fantasy i Horror", "LiteRacjach" oraz w portalach internetowych. Od 2014 regularnie publikuje w Dzikiej Bandzie.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz