KOMIKS 

Suicide Squad #1: Nadzorować i karać – Średniak z potencjałem [recenzja]

„Suicide Squad” to ekipa złoczyńców i antybohaterów DC, która zyskała ostatnio na popularności dzięki nadchodzącej premierze filmu. W międzyczasie zobaczmy, jak sprawdzają się komiksy poświęcone tej drużynie.
„Suicide Squad” broni się dowcipną, autoironiczną narracją i fajnymi, złożonymi postaciami z bogatą historią.

Oddział z Harley Quinn, Deadshotem i paroma innymi wykolejeńcami na pokładzie zaliczył srogą porażkę podczas ostatniej misji. Wycofani z pola walki, przechodzą małą restrukturyzację. Do wyżej wspomnianych oraz King Sharka, Cheetah, Killer Crocka, Voltaica i Nieznanego Żołnierza dołącza niespodziewany zawodnik w roli analityka i taktyka. Jest nim Gordon Jr., psychopatyczny morderca, syn komisarza Gotham City. Po uporaniu się z wewnętrznymi tarciami i przybiciu nowej umowy z rządem Stanów Zjednoczonych dostają pierwsze zadanie i… to w zasadzie tyle.

Jest trochę rozpierduchy, jakiś wróg do pokonania, ale całość skupia się przede wszystkim na wątkach teambuildingowych i dogrywaniu składu. Nie uświadczymy tu jakiejś wielkiej intrygi czy imponujących przeciwników, którzy zapadliby w pamięć. Ot, oddział dostaje zadanie i musi je wykonać. Prosta historyjka, która służy za rozbiegówkę do dalszych przygód. Z jednej strony wielka szkoda, gdyż łatwo można dostrzec zmarnowany potencjał. Z opowieści o potworach służących prawu mogą powstawać rzeczy na miarę Ellisowych Thunderboltsów, gdzie warstwa psychologiczna i społeczna odgrywa równie ważną rolę, co wybuchowa akcja.

Z drugiej – „Suicide Squad” broni się dowcipną, autoironiczną narracją i fajnymi, złożonymi postaciami z bogatą historią. Widać też, jak po porażce powoli odzyskują zaufanie do własnych możliwości i siebie nawzajem. Po prostu wrzucono to w stosunkowo proste pudełeczko, niezawierające żadnych większych niespodzianek. Na osłodę dostajemy też dwa rozdziały poświęcone odpowiednio Harley Quinn i Deadshotowi. Pozwalają zajrzeć na chwilę do głów obu psychopatów.

Jakość rysunków oscyluje w przedziale „przyzwoity” i „dobry”. W najlepszych momentach wciąż nie powala, ale za to w najgorszych – nie odrzuca. Chwilami artystom udaje się uchwycić mroczny klimat, ale głównie w scenach rozgrywających się w kwaterze Oddziału. Podczas scen akcji w terenie nastrój gdzieś umyka i przypomina starcia każdej innej drużyny antybohaterów. Niemniej, poszczególne panele, zwłaszcza te z Harley Quinn na pierwszym planie, pozostają całkiem przyjemnym doświadczeniem dla oka.

„Nadzorować i Karać” to album, który zdradza ogromny potencjał. Czego więc brakuje? Mocniejszego, fabularnego spoiwa, które złoży to wszystko do kupy. Może następny tom pójdzie w tym kierunku. Na razie dostaliśmy jedynie przyjemnego średniaka.

Heavy-Metal-Movie-Poster-1981
Poprzedni

Heavy Metal – Seksowne zło [recenzja]

Otto Schmidt Dzika Banda 62
Następny

Otto Schmidt - delikatnie pikantny pin-up [galeria NSFW]

Hubert Sosnowski

Hubert Sosnowski

Rocznik 1991, zodiakalny bliźniak, który raz nie może usiedzieć w miejscu, a kiedy indziej zaszywa się w swojej pieczarze. Z tego tytułu znajduje czas zarówno, na wyżywanie się na macie, jak i wycieczki w świat filmów, książek, komiksów, gier, larpów i muzyki, a czasem nawet i w otchłań studiów. Opublikował parę tekstów tu i tam, w "Science Fiction Fantasy i Horror", "LiteRacjach" oraz w portalach internetowych. Od 2014 regularnie publikuje w Dzikiej Bandzie.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz