KOMIKS TEKSTY 

Superbohaterowie nie istnieją

Z kina, z telewizji, z Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela i innych wydawnictw komiksowych, po prostu zewsząd dobijają się do nas superbohaterowie.  Dbają o nasze bezpieczeństwo, samotnie lub hurtem kopią tyłki złoczyńcom i sypią jak z rękawa one-linerami.  Superbohaterowie po prostu są „awesome”.  Czy można opowiadać o nich inaczej?

Czy nie marzymy czasem o byciu superbohaterem? Poprawka – są to raczej marzenia o superbohaterskich zdolnościach, które pomogłyby nam  przezwyciężyć życiowe komplikacje. Bowiem życie superherosa to ciężki kawałek chleba – nie dość, że trzeba biegać, a nawet latać w dziwacznych kostiumach, to bardzo często nieodzowne jest pogodzenie dwóch tożsamości, sekretnej i oficjalnej.  Dwa etaty, żelazne nerwy, odporność na ciosy i życie w zgodzie z kodeksem moralnym – to prawdziwe mission imposibble dla zwykłego zjadacza chleba.  Niektórzy twórcy  stają w końcu pod ścianą  i zadając sobie pytanie – o czym można jeszcze opowiedzieć – zaczynają szukać nowych wyzwań. W ich ujęciu słynna maksyma, której wyznawcą jest dwuetatowiec Peter Parker, czyli będące wyznacznikiem superbohaterskiego etosu słowa „moc i odpowiedzialność”, ulec mogą  niespodziewanej trawestacji.  A efektem tego będzie piguła gorzkiej prawdy o konsekwencjach, bądź samych próbach bycia superherosem.

SUPERBOHATER POD LUPĄ

Życie superherosa to ciężki kawałek chleba – nie dość, że trzeba biegać, a nawet latać w dziwacznych kostiumach, to bardzo często nieodzowne jest pogodzenie dwóch tożsamości, sekretnej i oficjalnej.

W „Niezwykłej historii Marvel Comics” Sean Howe jako moment przełomowy dla komiksu superbohaterskiego określił pierwszy zeszyt przygód  „Fantastycznej Czwórki”. Tytułowa czwórka to grupka osób, która poddana działaniom promieniowania kosmicznego  zyskuje niezwykłe zdolności, afirmujące się poprzez wyjątkowe, fizyczne zmiany. Te zdolności, niekoniecznie pożądane, stają się zarzewiem kłótni i pyskówek, pokazując chyba po raz pierwszy, że niezwykłe przymioty mogą stać się dodatkowym obciążeniem dla psychiki takiego rodzaju bohatera.  Potem przyszli miedzy innymi Punisher, Wolverine, postacie, które stały w jawnej opozycji do ogólnych wyobrażeń o superbohaterze, z biegiem lat ich znakiem rozpoznawczym stał się skrajny indywidualizm i balansowanie na granicy moralności. Zauważmy jak te zabiegi  zbliżyły superbohaterów do bodajże najstarszego z ich wzorców – odzwierciedlających skomplikowanie  ludzkiego charakteru greckich bogów i herosów. Jednakże, gdy przychodziło co do czego, gdy pojawiał się prawdziwie czarny charakter, superbohaterowie, ci kryształowi i ci trochę mniej, każdorazowo stawali w obronie planety Ziemia. Obchodziło ich – to najwłaściwsze określenie. Obchodził ich los zwykłych śmiertelników, choć patrząc na tysiące kadrów przedstawiających tytaniczną walkę z tym złym, można odnieść wrażenie, że najbardziej obchodziła ich sama walka i jej oprawa. W pracach rysownika Alexa Rossa najlepiej widać, że superbohater jest jednak kimś więcej  niż zwykły śmiertelnik. Współcześni herosi zyskali na jego rysunkach właściwy im wymiar – nieskazitelnych fizycznie bogów i półbogów, jakże odległych od maluczkich i im niedostępnych.

Alan Moore przyznał kiedyś, że żałuje wciągnięcia superbohatera na ścieżkę dyskredytującą. Jeszcze przed obnażającymi wady i zadufanie w sobie herosów „Strażnikami”, scenarzysta napisał „Miraclemana”, gdzie główny bohater, zafascynowany kontaktem z zaawansowanymi cywilizacyjnie  kosmicznymi rasami, z zeszytu na zeszyt oddalał się od związków ze zwykłymi śmiertelnikami. Ta prawda – że bycie superbohaterem równa się oddaleniu od spraw ludzkich, niespodziewanie, po atakach na Amerykę z 11 września zrodziła w głowach wielu Amerykanów pytanie – gdzie byli nasi wyimaginowani bohaterowie podczas tych straszliwych wydarzeń? Odpierali ataki kosmicznego złoczyńcy na którejś z alternatywnych Ziem?  Komiksowy świat herosów  musiał wtedy zatrząść się w posadach, ale trwało to tylko chwilę. Paradoksalnie, obecna kondycja superbohatera, zwłaszcza po kinowych sukcesach w ostatnich latach chyba nigdy nie była lepsza. Twórcy wciąż bronią ech dzieciństwa w postaci stosów komiksowych zeszytów i własnych wyobrażeń. Fani Supermana mieli za złe Zackowi Snyderowi, reżyserowi nowej odsłony przygód Człowieka ze Stali, że w finałowej bitwie unicestwiane są dziesiątki budynków, w których przecież musiały zginąć setki niewinnych osób. Potęga mitu okazała się niepokonana. Szukający genezy superbohatera w dawnej powieści odcinkowej Umberto Eco pisał o zaspokojeniu oczekiwań czytelnika i skierowaniu ich ku idei zemsty i ukaraniu winnych za doznane cierpienia. Tak samo dziewiętnastowiecznemu, jak i dzisiejszemu odbiorcy potrzebne są pocieszycielskie rozwiązania, skomercjalizowane oczyszczenie i bajkowa sprawiedliwość. Czy tylko takich opowieści oczekujemy?

MIĘDZY KADRAMI

Marvelowscy „Strażnicy galaktyki” okazali się w zeszłym roku wielkim finansowym sukcesem, choć przed premierą byli wielką niewiadomą.  Film wyreżyserował mało znany  szerokiej publiczności James Gunn. Filmowa biografia artysty pozwalała wierzyć, że dostaniemy dzieło nietuzinkowe. James Gunn nie jest  bowiem nowicjuszem w temacie superbohatera. Karierę zaczynał w niezależnym studiu filmowym „Troma Entertaiment”, znanym z niskobudżetowych klasyków w rodzaju „Toxic Avenger” czy „Tromeo i Julia”. W dwutysięcznym roku powstał film „The Specials” – Gunn był jego scenarzystą i producentem. „Specials” to opowieść o grupce superbohaterów, zupełnie pozbawiona scen akcji. Motywem przewodnim jest tu codzienność i relacje między członkami grupy podane w komediowym, parodystycznym tonie – miejscami można odnieść wrażenie, że oglądamy w akcji dysfunkcyjną rodzinę.  Widać prywatne życie superbohatera może niewiele różnić się od życia przeciętnego człowieka.

W „Super”, w „Defendorze” i  w „Kick-Ass” mamy do czynienia z bohaterami nie posiadającymi żadnej, wyjątkowej mocy,  ale jej brak równoważą oni odwagą, poczuciem misji, ale też zwykłą, ludzką głupotą.

Następnym filmem, w którym James Gunn mocował się z mitem herosa w kostiumie był „Super”.  Sama przeciętna, mało charakterystyczna fizys i sylwetka aktora grającego główną rolę, znanego z serialu „Biuro” Rainna Wilsona, zapowiadała dekonstrukcyjną tematykę. Opuszczony przez pogrążoną w narkotykowym nałogu żonę główny bohater przywdziewał superbohaterski kostium. Głównym impulsem dla  tego aktu był znak od Boga – najpierw w postaci instruktażowego filmiku religijnej telewizji, a potem namacalnej i wizualnie surrealistycznej boskiej interwencji. Ten miszmasz – kostium, palec boży, służba społeczna jest prawdziwie amerykański z ducha i skupia w sobie elementarne wyobrażenia na temat bycia kimś wyjątkowym. Rzeczywistość jak zwykle wszystko weryfikuje. Narzędziem walki nowego herosa stawał się potężny klucz francuski, którym bohater masakrował nie tylko przestępców. W drugiej połowie filmu u jego boku  pojawił się pomocnik w postaci młodej kobiety, która superbohaterskie powinności traktuje nad wyraz poważnie, co objawia się w wychodzącym daleko poza normy zaangażowaniu. Prawdziwe są tutaj kule z pistoletów gangsterów i siedzenie pod śmietnikiem w oczekiwaniu na przestępczy akt. Ton filmu balansował nieustannie miedzy komedią i dramatem, tak jak w pokrewnym fabularnie „Defendorze”, w którym ociężały umysłowo bohater o twarzy Woody’ego Harelssona zakłada kostium i stosuje mocno niestandardowe metody walki.  Nie są to jedynie opowieści o niedojrzałych osobnikach, tylko o całej gamie zależności ukrytej zazwyczaj między komiksowymi kadrami. To historie, o których prawie się nie opowiada, a przecież zawierają w sobie wielki potencjał. Jakieś przykłady?

Takim jest choćby komiksowy i filmowy „Kick-Ass”. Tu samo założenie kostiumu jest jak akt kreacji. Na początku tej historii, zanim twórcy uderzyli w mocno przerysowane, parodystyczne tony,  nastoletni bohater stawia opór zwyczajności życia pokładając wiarę w mocy kostiumu, ale brutalna rzeczywistość sprowadza go natychmiast na ziemię. A jednak – czy to tylko kostium sprawia, że bohater, nawet w niesprzyjających okolicznościach, nawet narażony na wyśmianie i pokonany przez rzeczywistość staje się, nie tylko we własnym mniemaniu kimś niezwykłym? W „Super”, w „Defendorze” i  w „Kick-Ass” mamy do czynienia z bohaterami nie posiadającymi żadnej, wyjątkowej mocy,  ale jej brak równoważą oni odwagą, poczuciem misji, ale też zwykłą, ludzką głupotą. A co z tymi posiadającymi moce, których superbohaterskie powinności czasami przerastają? Szacunek wzbudza odwieszenie kostiumu do szafy przez bohaterkę stworzoną przez Briana Michaela Bendisa, Jessicę Jones w komiksowej serii „Alias”. Podobnie jak w znakomitym, stawiającym na ewolucję psychiczną bohatera „Niezwycięzonym” Kirkmana, do głosu dochodzą tu nieuchronne i potraktowane nad wyraz serio, trudne do udźwignięcia konsekwencje superbohaterskich działań.

MOC I NIEODPOWIEDZIALNOŚĆ

Każdy z tych najbardziej znanych bohaterów ma genezę, z angielskiego origin – opowieść o tym co spowodowało, że stał się superbohaterem. Trzy najbardziej znane, to historie Supemana, Batmana i Spidermana. Ta o Spidermanie opowiada o ukąszeniu przez pająka, odkryciu mocy i śmierci wujka Bena, którego słowa:  „Za wielką mocą idzie wielka odpowiedzialność” stają się maksymą wyznawaną przez Petera Parkera. To opowieść o osiągnięciu dojrzałości, o tym że bycie superbohaterem to przede wszystkim stan umysłu.

Głównym bohaterem filmu „Kronika” jest nastoletni uczeń, Andrew Detmer. Z nieodłączną kamerą i sytuacją w szkole przypomina Petera Parkera, jeśli zaś chodzi o sprawy rodzinne, jest jego rewersem. Bezrobotny, agresywny ojciec i umierająca na raka matka stanowią kontrastowe tło do kochających cioci Mary i wujka Bena. Bohater, wraz z dwójką kumpli natykają się w jaskini na tajemniczy obiekt prawdopodobnie pozaziemskiego pochodzenia, którego wpływ powoduje rozwój niezwykłych zdolności  – wśród nich są telekineza i umiejętność latania. Korzystają z nich przede wszystkim w ramach dobrej  zabawy, z czasem rodzi się jednak świadomość własnych możliwości i wszystko idzie w kierunku przeciwnym, niż klasyczne superbohaterskie historie. Nieodpowiedzialnie wykorzystywana przez głównego bohatera moc staje się narzędziem wpływu, co prowadzi do nieuchronnych konsekwencji.

W świecie angielskich przedmieść z „Misfits”, największą władzę nad bohaterami zdaje się mieć przypadek. Moce zarówno pomagają jak i szkodzą i tak naprawdę symbolizują trudną ścieżkę życiowych wyborów młodego człowieka.

Mitologia superbohaterska została przemielona w angielskim serialu „Misfits”. Piątka młodych bohaterów skazanych na prace publiczne podczas tajemniczej burzy pozyskuje moce – symbolicznie i przewrotnie są to moce odnoszące się do pragnień i charakterów postaci. Z czasem, jedni szybciej, inni wolniej zdają sobie sprawę z istnienia indywidualnej mocy, są momenty kiedy ją wykorzystują, ale w zasadzie niewiele to zmienia w ich życiu – wciąż wykonują nudne prace publiczne, jakby byli nieświadomi własnego potencjału. Gdy czeka ich jakieś zadanie wzbraniają się przed nim, określając samych siebie jako leniwych  i niekompetentnych. W świecie angielskich przedmieść największą władzę nad bohaterami zdaje się mieć przypadek. Moce zarówno pomagają jak i szkodzą. Tak naprawdę symbolizują w „Misfits” trudną ścieżkę życiowych wyborów młodego człowieka, czyniąc to w jedynym w swoim rodzaju, przepełnionym czarnym humorem i bystrością obserwacji angielskim stylu. Szkoda, że  podobnym tropem nie poszli kilka lat temu twórcy filmu „Hancock”, w którym  heros o twarzy Willa Smitha był na początku historii obdarzonym niezwykłymi mocami menelem. Tego co dobre i ciekawe – moc połączona z brakiem odpowiedzialności starczyło na pierwsze pół godziny filmu. Potem było jak zawsze.

PROSTYTUTKA I CHŁOPAKI

Garth Ennis nie ma skrupułów. Może dlatego, że komiksy superbohaterskie zaczął czytać  w dorosłym wieku – ten brak wykształconego etosu nerda zaowocował narodzinami bezkompromisowego twórcy. Jego scenariusze to nieustanna krucjata niedorzeczności i zwyczajności, przyprawiona obowiązkową dawką przemocy. Z mitem superbohatera wziął się za bary w komiksie „Pro”, a w „Boys” roztrzaskał ów mit na części. Można śmiało powiedzieć, że Ennis wyprzedził swój czas – czas demotywatorów, internetowego nihilizmu, totalnej zgrywy i wypięcia się na konwencje. W „Pro”, pewnym zrządzeniem losu superbohaterskie moce zdobywa prostytutka. Jej totalny pragmatyzm budzi szok i niedowierzanie w stylizowanej na Ligę Sprawiedliwości grupce obrońców Ziemi, ale i przekornie,  pomaga ocalić od zagłady wiele ludzkich istnień.  Natomiast w „Boys”, Ennis pozwolił sobie odpowiedzieć na wiele niewygodnych pytań dotyczących cech i zachowań superbohaterów. W jego wizji to rozpasani hedoniści i zarazem rozgrywający korporacyjne gry, cyniczni brutale. Okazuje się, że dar wyjątkowości wcale nie musi redukować przyziemnych, ludzkich przymiotów.

CIEMNA STRONA NERDA

Najdalej w dywagowaniu na temat superbohaterstwa w zetknięciu z powszedniością poszedł Joe Hill. W opowiadaniu „Peleryna”, które następnie uległo rozwinięciu w serię komiksową pokazał najzwyczajniejszego w świecie bohatera, którego ścieżka wygląda odmiennie od znanych nam schematów genezy herosa. Nie widać tu wyraźnie, jak w przypadku klasycznej opowieści o początkach Spidermana lub Batmana ciągu przyczynowo-skutkowego. Tekst Hilla jest o tyle niepokojący, bo pisany w pierwszej osobie i dopiero po dłuższym czasie orientujemy się, że mamy do czynienia z postacią niestabilną emocjonalnie.

Eric jest czytelnikiem komisów, miłośnikiem gier wideo, marzycielem. Przedstawia swojej dziewczynie wizję domu na odległej Alasce, hodowania zwierząt i zarabiania pieniędzy na organizowaniu dla turystów wycieczek krajoznawczych. Przede wszystkim jest życiowym nieudacznikiem, który po rozstaniu ze wzmiankowaną dziewczyną zamieszkuje w rodzinnym domu, w piwnicy. W dzieciństwie uległ wypadkowi, który nie miał spektakularnych znamion, ot zwykły upadek z drzewa. Jeden, jedyny szczegół – będąca elementem tego wydarzenia peleryna o prawdopodobnie niezwykłych właściwościach, tworzy zaczątek originu. Nic tu nie jest oczywiste, wypadek spowodował psychiczne komplikacje, które w standardowych opowieściach bohater zazwyczaj przezwycięża. Tytułowa peleryna i jej niezwykłe właściwości pozwalają Ericowi latać – ów fragment odzieży pojawia się w istotnych momentach życia bohatera i jest eksploracją jego pragnień.  Gdzieś w podtekście Hill stara się odpowiedzieć na pytanie co by było, gdybyśmy mieli większe, a nawet nieograniczone możliwości, które pozwalają wpływać na rzeczywistość. Co byśmy realizowali? Czy jakąś wielką misję, czy nasze małostkowe pragnienia? Odpowiedź Hilla jest niezwykle gorzka, jej wspomniane rozwinięcie w komiksową serię trochę niefortunne, podążające utartą ścieżką „złoczyńcy”, podczas gdy wystarczyło to, co dostaliśmy w opowiadaniu – sam finałowy czyn, którego dopuszcza się bohater. Czytelnik po lekturze  pozostaje z bolesną świadomością, że są tylko zwykli ludzie i kierujące nimi emocje. A superbohaterowie – nie istnieją.

Lost River - On Set - 18 Ryan and Benoit Debie on set
Poprzedni

Ryan Gosling i jego "Lost River"

Best Film
Następny

Lost River – wysmakowana wizualnie filmowa wydmuszka [recenzja]

Tomasz Miecznikowski

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki", jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.

1 Comment

  1. 2015-10-01 at 13:23 — Odpowiedz

    Dodałbym jeszcze film „Special” z 2006 roku, w którym protagonista poddaje się testom eksperymentalnego leku i w efekcie jest przekonany, że zyskuje supermoce.

Dodaj komentarz