KOMIKS 

Superman / Batman #2: Supergirl – letni blockbuster [recenzja]

Jeśli chcecie otrzeć łzy po średnio udanym “Batman v  Superman: Świt sprawiedliwości”, mieć do czynienia z logiczną fabułą i wrażeniem wykorzystania potencjału, to sięgnijcie po serię “Superman / Batman” Jepha Loeba. Nie zawiedziecie się.

W drugim tomie przygód ikonicznych herosów DC mamy do czynienia z genezą Kary Zor-El, czyli starszą ale jednak młodszą kuzynką Supermana. Przyczyną tego zamętu jest fakt, że dziewczyna spędziła w kosmicznej podróży z Kryptona znacznie więcej czasu niż jej krewniak. Wystrzelona z rozpadającej się planety nastolatka, na Ziemię dociera gdy jej kuzyn, wysłany jako niemowlak, jest już dorosłym facetem. Na wrak pojazdu w gothamskiej zatoce trafia Batman, który w jej przybyciu węszy spisek i podstęp. Superman jednak widzi w tym niebywałe zrządzenie losu i szansę na lepsze poznanie swego dziedzictwa. U boku obu bohaterów oraz dzielnych Amazonek pod wodzą Wonder Woman, Kara przejdzie długą, mozolną, pełną niepewności i bardzo intensywną drogę zanim w finale stanie się tytułową Supergirl.

Drugi tom fabularnie jest niestety nieco słabszy od “Wrogów publicznych”. Loeb pomiędzy relacje Mrocznego Rycerza i Człowieka ze Stali wpycha trzecią siłę, która niejako stawia ich przyjaźń na szali. Ale też specjalnie nie sili się na wiarygodne przedstawienie tej sytuacji, a bardziej skupia się na efektownej akcji i walce ze sługami Darkseida, który chce wykorzystać Karę do swoich celów. O ile “Wrogowie…” byli solidnym akcyjniakiem ze świetnie nakreślonymi więzami między bohaterami, o tyle “Supergirl” popada w nadmierny patos i naiwność. Taka jest też Kara, prostoduszna i dająca się łatwo manipulować – żaden z niej materiał na superbohaterkę. Loeb puszcza te fakty mimo uszu i uparcie brnie do założonego celu, czyli wepchnięcia jej w kolorowy trykot. Sporo tu uproszeń i sytuacji wymagających zawieszenia niewiary ale album wciąż jest o klasę lepszy od “Świtu sprawiedliwości”. Przynajmniej scenarzysta zachował ciąg przyczynowo-skutkowy.

Rysunki Michaela Turnera należą do kategorii takich, które albo się kocha albo nienawidzi. Należał on do grupy artystów ze wczesnego Image Comics, którzy za cel postawili sobie jak najlepszą imitację kreski Jima Lee. Turnerowi udało się odwzorować jej lekkość i podrobić trochę styl, a tym co wychodziło mu najlepiej są postacie kobiece – to do nich przykładał największą uwagę. Reszta, czyli postacie męskie i tła schodziły na drugi plan, i to niestety widać w “Supergirl”. Co prawda w całym albumie znajdzie się kilka interesujących kadrów, ale styl tego artysty nie do końca do mnie przemawia.

Drugi album z serii nieco zaniżył loty, ale mimo wszystko wciąż jest rozrywką na dobrym poziomie, komiksowym odpowiednikiem letnich blockbusterów – widowiskowym i niewymagającym zbytniej uwagi odbiorcy. 

Freedom Church
Poprzedni

Dziesięć książkowych opowieści o duchach

Taurus Media
Następny

Black Science #3: Niejednoznaczność wzorca - zmęczenie materiału [recenzja]

Paweł Deptuch

Paweł Deptuch

Miłośnik komiksów, scence-fiction, pulpy i kryminału. W latach 2004-2010 redaktor naczelny serwisu Carpe Noctem. Współpracował m.in. z Bicepsem, Czachopismem, Ziniolem, Kolorowymi Zeszytami, a swego czasu prowadził stałe kolumny związane z fantastyką w lokalnych periodykach. Od 2006 r. stały współpracownik miesięcznika Nowa Fantastyka. Autor kilku scenariuszy komiksowych i opowiadań. Legniczanin. Tata.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz