KOMIKS 

Superman: Czerwony syn [recenzja]

Mark Millar, cudowne dziecko komiksu, które zanim dało światu „Ściganych”, „Kick-Assa” czy „Kingsmana”, dość solidnie namieszało w superbohaterskim gatunku reprezentowanym zarówno przez Marvela jak i DC. Sztandarowym dziełem z tego okresu jest „Superman: Czerwony syn”, opowiadający o tym co by było gdyby najbardziej amerykański heros wylądował w Związku Radzieckim.

Pomysł wyjściowy fabuły jest niezwykle prosty ale jednocześnie błyskotliwy i stanowi też pewnego rodzaju wyzwanie dla scenarzysty. Mark Millar twierdzi, że wpadł na niego w wieku sześciu lat i od tamtej też pory go rozwijał. Jakakolwiek by nie było, udało mu się opowiedzieć świetnie skonstruowaną, kompleksową historię, do której nie jest specjalnie potrzebna wiedza z ogromnego uniwersum DC.

No więc przybysz z Kryptona rozbija się w ZSRR, przez lata wychowywany jest w kołchozie, by w połowie XX w. ujawnić się światu jako Superman, narodowa duma Związku Radzieckiego, nosząca majestatycznie na piersi symbole sierpa i młota. Reprezentujący wartości proletariackie szybko staje się idolem nie tylko tłumu ale samego Stalina, który namaszcza go na spadkobiercę urzędu. Pojawienie się przepotężnego Człowieka ze stali implikuje ogromne przetasowania na arenie międzynarodowej i całkowicie zmienia bieg historii ludzkości.

Mark Millar „Czerwonego syna” potraktował jak wielką piaskownicę, w której bez skrupułów mógł pofolgować wyobraźni i zbudować wszystko czego zapragnie (taki też cel przyświecał linii „Elseworld”, w której ukazywały się niekanoniczne opowieści z przeróżnymi herosami). Z wielkim wyczuciem wymieszał drobne fakty i postacie historyczne z tymi ze znanego uniwersum DC i doprowadził do stworzenia zachwycającej, alternatywnej rzeczywistości. W trzech rozdziałach opowiada historię komunistycznego Supermana rozgrywającą się na przestrzeni kilku dekad i fantastycznie rozwija zarówno postać jak i realia. Mamy okazję obserwować jak przekształca się z młodego idealisty w dojrzałego, zaślepionego własną wizją władcę absolutnego. Zimna wojna staje się punktem zaczepnym do wprowadzenia dyktatury i utopijnych dyrektyw rodem z „1984” Orwella. To co Millarowi udało się najlepiej to opowiedzenie tej historii z kilku różnych punktów widzenia. W jego wydaniu Lex Luthor staje się jeszcze ciekawszą postacią, której można autentycznie kibicować, wprowadzenie dla przeciwwagi radykalnego (również komunistycznego) Batmana tylko podkreśla zaślepienie głównego bohatera, a miotanie się Wonder Woman między jednym a drugim obozem dodaje konfliktowi niejednoznaczności.

Jedyne co nie daje mi spokoju to myśl, że losy skomunizowanego Supermana jako kumpla Stalina potoczyłyby się zupełnie inaczej. Millar wyszedł bowiem z założenia, że nie ważne czy ten bohater byłby wychowany w USA czy ZSRR, dobroć serca, chęć pomagania innym i pokojowe nastawienie ma zakorzenione w genach, a więc ani kapitalizm ani bezwzględny socjalizm nigdy nie będą miały wpływu na ten fakt. Trochę szkoda, że autor nie do końca wykorzystał potencjał tej historii, ale niech zadośćuczynieniem tego będzie zaskakujące i przewrotne zakończenie albumu oraz ładnie wystylizowane, dynamiczne ilustracje Dave’a Johnsona i Kiliana Plunketta, którzy z dbałością o każdy szczegół zwizualizowali szarobury świat z betonu i stali.

Vesper
Poprzedni

Terror [patronat]

Netflix
Następny

Sense8, czyli jak prawda ekranu stała się prawdą czasu

Paweł Deptuch

Paweł Deptuch

Miłośnik komiksów, scence-fiction, pulpy i kryminału. W latach 2004-2010 redaktor naczelny serwisu Carpe Noctem. Współpracował m.in. z Bicepsem, Czachopismem, Ziniolem, Kolorowymi Zeszytami, a swego czasu prowadził stałe kolumny związane z fantastyką w lokalnych periodykach. Od 2006 r. stały współpracownik miesięcznika Nowa Fantastyka. Autor kilku scenariuszy komiksowych i opowiadań. Legniczanin. Tata.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz