KOMIKS 

Szkielet – mięsna postapokalipsa [recenzja]

“Szkielet” Salvadora Sanza garściami czerpie z konwencji opowieści postapokaliptycznych, głównie tych o zombie, ale intryguje pomysłem wyjściowym i w pewnym sensie przełamuje schemat.

W niedalekiej przyszłości ludzkość podzieliła się na dwa obozy: na mięsożernych drapieżników będących efektem niezbadanego wirusa wywołującego u nosicieli osobliwe mutacje układu trawiennego oraz na wegetarian, którzy znaleźli się na samym dole łańcucha pokarmowego – zaszczutych i każdego dnia walczących o przetrwanie. Nowe warunki panujące na świecie obserwujemy przez pryzmat niewielkiej grupy nomadów, której przewodzi Szkielet. Ich jedynym celem każdego dnia jest ocalić życie i znaleźć tymczasowe schronienie, jedzenia mają pod dostatkiem, bo rośliny w obliczu pandemii poradziły sobie znacznie lepiej niż ludzie i zwierzęta.

Uciekając przed kolejnymi łowcami grupa trafia do Muzeum Ewolucji, gdzie przyjdzie im zmierzyć się z przeciwnikiem i poznać intrygującą tajemnicę. Salvador Sanz z początku serwuje bardzo konwencjonalną opowieść, w której wykorzystuje niekonwencjonalne założenia. Ciekawa jest bowiem natura zmutowanych ludzi, ich racjonalne zachowanie, podstępność, rytuały. Daleko im do bezmyślnych zombie, przez co są bardziej niebezpieczni oraz niezwykle efektywni. No i ten sposób pożywiania się… Robi wrażenie i może wywołać dreszcze – makabra w najczystszym wydaniu. Pomysł na apokalipsę też jest niezły, mocno zakorzeniony w rzeczywistych wydarzeniach, ale też odrobinę kojarzący się z serią “Chew”. Sanz podąża jednak w zupełnie innym kierunku niż Layman.

Uderzając w bardziej dramatyczne tony serwuje trzymający w napięciu i niepewności thriller, który w pewnym momencie skręca w zupełnie niespodziewane rejony. Zwrot akcji mocno zbija z tropu i przyznam, że za pierwszym razem poczułem do niego niechęć. Ale po przetrawieniu tego pomysłu, muszę przyznać, że ostatecznie wyszedł on bardzo dobrze. Autor brutalnie zerwał ze znanym schematem, wyrzucił mnie ze strefy komfortu, w której wiadomo w jakich kierunkach podąży fabuła. I to co z początku uznałem za wadę, okazuje się być jedną z najmocniejszych stron “Szkieletu”.

Innym jego atutem są natomiast rysunki. Styl Sanza na pierwszy rzut oka kojarzy się z pracami Juana Jose Rypa dla Avatara – sporo w nim detali, brudna kreska, niezwyczajne rysy twarzy, eksponowanie brutalności. Wszystko to składa się na bardzo niepokojący i ponury, a przy tym urzekający surowością, obraz przedstawionej rzeczywistości. Dużo tu też fajnych, dynamicznych scen akcji oraz imponujących całostronicowych kadrów.

“Szkielet” okazuje się więc interesującą postapokaliptyczną pozycją, która wciąga wizją i autentycznie zaskakuje. Mam nadzieję, że to nie ostatnie słowo Sanza w tym temacie i za jakiś czas otrzymamy kontynuację tej makabrycznej przygody.

The worst
Poprzedni

Życie, seks i cała reszta - seriale obyczajowe dla dorosłych [ranking]

Albatros
Następny

Igrając z ogniem - Tess Gerritsen [patronat]

Paweł Deptuch

Paweł Deptuch

Miłośnik komiksów, scence-fiction, pulpy i kryminału. W latach 2004-2010 redaktor naczelny serwisu Carpe Noctem. Współpracował m.in. z Bicepsem, Czachopismem, Ziniolem, Kolorowymi Zeszytami, a swego czasu prowadził stałe kolumny związane z fantastyką w lokalnych periodykach. Od 2006 r. stały współpracownik miesięcznika Nowa Fantastyka. Autor kilku scenariuszy komiksowych i opowiadań. Legniczanin. Tata.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz