KOMIKS 

Thunderbolts #1: Bez pardonu – Bez ikry [recenzja]

Punisher, Electra, Deadpool, Agent Venom, Czerwony Hulk. Po prostu drużyna marzeń, jeśli macie dość harcerzyków z Avengers czy Ligi Sprawiedliwości, a nazwa Thunderbolts kojarzy Wam się z odpowiednim poziomem szarości. W końcu co przy powyższym składzie może pójść nie tak?
Kompletnie brak tu chemii. I to w dwójnasób – między bohaterami oraz między scenarzystą i czytelnikiem.

A, na przykład scenariusz może pójść nie tak. Daniel Way to pisarz, którego talent na pstrym koniu jeździ. Raz owocuje bombastycznymi, prześmiesznymi humoreskami, które cieszą naszego wewnętrznego gimnazjalistę, a gdzieś w tle przemycają dramat bohatera, ale czasem wychodzą mu po prostu gnioty bez pazura.

I niestety, gdzieś w połowie drogi znalazło się nowe „Thunderbolts”.

Czerwony Hulk, aka Generał Ross, zbiera drużynę bezwzględnych twardzieli, wymienionych na początku. Każde z nich ma powód, by się przyłączyć. Razem ruszają na misję zrobienia porządku w pewnym południowoamerykańskim państewku, po drodze trafiają oczywiście na pewne komplikacje oraz na starego znajomego Rossa.

Zapowiadało się na przyjemny akcyjniak, a dostaliśmy rzecz idealnie przeciętną. Jakość „Bez Partonu” najbardziej boli w porównaniu z rewelacyjnym otwarciem poprzedniego runu, od Warrena Ellisa – czyli „Wiara w Potwory”. Nowa seria tak bardzo odstaje od poprzedniej, jak to tylko możliwe. I nie chodzi mi tu o szukanie własnej tożsamości twórców, bo to naturalne i słuszne posunięcie. Po prostu komiks jest zwyczajnie o niczym. Ale to nie największy problem, bowiem nawet wydmuszki potrafią czymś urzec i zachwycić. Nowi „Thunderboltsi” borykają się ze zdecydowanie poważniejszą przypadłością.
Kompletnie brak im chemii. I to w dwójnasób – między bohaterami oraz między scenarzystą i czytelnikiem. Dostajemy bardzo standardowy pilot serialu, robiony praktycznie bez żadnego feelingu. Wygląda do wszystko, jakby Way wziął podręcznik tworzenia komiksowej serii o drużynie i wykorzystał podstawowe składniki, wymieszał tak, aby choć trochę pchać do przodu historię. Zapomniał o tylko o przyprawach. Sytuację ratują niektóre żarty Deadpoola, ale i tu bywa niemrawo.

Album ilustruje Steve Dillon, znany z „Punishera” oraz – przede wszystkim „Hellblazera” i kultowego „Kaznodziei”. I jest to dobra wiadomość, zwłaszcza jeśli ktoś lubi wyrazisty styl rysownika. Dillon fuszerki nie odstawił i dostajemy bardzo solidne plansze.

Jeśli mam być absolutnie szczery, to „Thunderboltsów” możecie sobie spokojnie odpuścić. To nie jest jakiś szczególnie zły komiks, ale za tę cenę znajdziecie sporo ciekawszych. Nic ważnego nie wnosi też do uniwersum Marvela, więc na ominięciu nic nie stracicie. Chyba, że musicie mieć wszystko, ale to absolutnie wszystko, co opowiada o kimś z przytoczonego na początku zestawu. Droga wolna. W razie czego, uprzedzałem.

PIAS?Kayax
Poprzedni

Clashes - Brodka jakich wiele [recenzja]

Monolith/Cineman.pl
Następny

Jestem zemstą - Travolta strzelający [recenzja]

Hubert Sosnowski

Hubert Sosnowski

Rocznik 1991, zodiakalny bliźniak, który raz nie może usiedzieć w miejscu, a kiedy indziej zaszywa się w swojej pieczarze. Z tego tytułu znajduje czas zarówno, na wyżywanie się na macie, jak i wycieczki w świat filmów, książek, komiksów, gier, larpów i muzyki, a czasem nawet i w otchłań studiów. Opublikował parę tekstów tu i tam, w "Science Fiction Fantasy i Horror", "LiteRacjach" oraz w portalach internetowych. Od 2014 regularnie publikuje w Dzikiej Bandzie.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz