KOMIKS 

Thunderbolts #2: Czerwony postrach – nowy scenarzysta na ratunek [recenzja]

Ciężka sprawa z tymi Thunderboltsami. Potencjał był ogromny, ale jak pokazał poprzedni tom, para poszła w przysłowiowy gwizdek. O ile rysunki Dillona broniły się jak zwykle, o tyle Way scenariuszem nie dał dobrego popisu. Jak nowa odsłona wypada w kontekście poprzedniej?
Co ciekawe, ostatni rozdział, dużo bardziej kameralny i skupiony na jednym tylko bohaterze, reprezentuje dużo wyższy poziom.

 

Thunderboltsi Rossa spartaczyli sprawę i podczas ostatniej akcji wypuścili w świat naprawdę poważne zagrożenie, z którym muszą uporać się sami (Avengersi dają mu jednoznaczną odpowiedź). Dlatego drużyna rusza na wojnę z terrorystami, którzy szykują armię pancerzy Crimson Dynamo napędzanych energią Gamma. Tymczasem w składzie dochodzi do kolejnych starć, nieufność między poszczególnymi członkami narasta. A że żadne z bohaterów nie jest okazem zdrowia psychicznego, pozostaje czekać na wybuch…

Kurczę. To mogła być naprawdę niezła historia. Wojna z terroryzmem pozostaje nośnym i aktualnym tematem, podobnie jak niewygodna kwestia państewek i przestępców cichaczem wspieranych przez obrońców demokracji. To jest ta dziejowa ironia, kiedy wykuty miecz obraca się przeciw stwórcy. Tylko że cały potencjał tonie w bylejakości i chaosie. Mamy tu trochę testosteronowych popisów rodem z „Niezniszczalnych”, parę tarć personalnych i trochę sprawnie pokazanej rozpierduchy. Nic tu porządnie nie wybrzmiewa, a i konflikty między postaciami są jakieś niemrawe. Niemniej, scenariusz odbiera się dużo lepiej niż w pierwszej części, jeśli patrzymy na niego jak na prostego akcyjniaka bez żadnych aspiracji. Zresztą, może tym właśnie miał być, choć kilka scen przeczy podobnemu założeniu.

Co ciekawe, ostatni rozdział, dużo bardziej kameralny i skupiony na jednym tylko bohaterze, reprezentuje dużo wyższy poziom. Jest ładną klamerką i gorzkim epilogiem do pierwszego etapu podróży Thunderbolstów. Działa sugestywnie i z większą mocą niż reszta albumu. Dzieje się tak dlatego, że nastąpiła zmiana na fotelu scenarzysty prowadzącego serię. Co naprawdę stało za tą zmianą pozostaje w sferze domysłów, ale trzeba przyznać, że Daniel Way nie był chyba w formie, gdy zasiadał do przygód wesołej gromadki generała Rossa. Zastępujący go Soule pisze dużo spokojniej, z większą koncentracją na szczegółach i pojedynczych scenach.

Graficznie zarówno nowy w serii Steve Noto, jak i Dillon zachowują przyzwoity poziom. Sceny akcji mają swój rytm, a w spokojniejszych momentach po prostu zgrabnie ukazują rozwój historii. Umiarkowanie, ale jednak, cieszą oko. Proste, klarowne i przyjemne, choć niezachwycające.

I mniej więcej taki jest cały komiks. Prosty, w miarę przyjemny, choć niezachwycający. Nie mogę go nawet nazwać „dobrym”, ale jakąś tam frajdę z czytania zaczyna dawać. Czekam na dalszy rozwój serii, gdyż zmiana scenarzysty dobrze wróży.

westworld-poster
Poprzedni

Westworld 01x01 - ludzie jak bogowie i androidy na elektrycznych koniach [recenzja]

locke-alfa-i-omega_e
Następny

Locke & Key # 6: "Alfa i Omega" - piękne i straszne umieranie młodości [recenzja]

Hubert Sosnowski

Hubert Sosnowski

Rocznik 1991, zodiakalny bliźniak, który raz nie może usiedzieć w miejscu, a kiedy indziej zaszywa się w swojej pieczarze. Z tego tytułu znajduje czas zarówno, na wyżywanie się na macie, jak i wycieczki w świat filmów, książek, komiksów, gier, larpów i muzyki, a czasem nawet i w otchłań studiów. Opublikował parę tekstów tu i tam, w "Science Fiction Fantasy i Horror", "LiteRacjach" oraz w portalach internetowych. Od 2014 regularnie publikuje w Dzikiej Bandzie.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz