KOMIKS 

Uncanny X-Men #1: Rewolucja – powtórka z rozrywki, ale… [recenzja]

W “Uncanny X-Men”, sztandarowym tytule o mutantach Marvela, Brian Michael Bendis serwuje wciągającą i dynamiczną opowieść. Z tymże jeśli przyjrzeć się jej bliżej, okazuje się, że mamy do czynienia z odgrzewanym kotletem.

Szlaki w przygodach X-Men przecierali Stan Lee i Chris Claremont, którzy zbudowali pewne podstawy i motywy rządzące ich kawałkiem uniwersum. Nadali im status mniejszości, która w oczach zwykłych ludzi budzi lęk i stanowi zagrożenie, stworzyli w ich strukturze dwa obozy dążące do jednego celu ale wykorzystujące odmienne środki, a w ogólnym rozrachunku zapędzili ich w kozi róg, w pętlę z której jak widać po albumie “Rewolucja” nie ma wyjścia.

Mutanci w świecie Marvela, który przeżył nie jedną kosmiczną katastrofę i widział wszystko co było do zobaczenia, egzystują już od ponad pięciu dekad i wciąż nie mogą doczekać się statusu pełnoprawnych obywateli. W linii Marvel NOW, niejako odświeżającej uniwersum, Bendis poszedł dwiema ścieżkami. W “All-New X-Men” wprowadził nieco orzeźwiającego powiewu, ale w “Uncanny X-Men” zrobił ogromny krok wstecz. Praktycznie cofnął się do czasów Stana Lee i w nowoczesnej formie opowiada tą samą opowieść sprzed pięciu dekad, w której mutanci są spychani na społeczny margines, ludzie wciąż się ich obawiają, a dwa przeciwległe obozy ideologiczne toczą tę samą walkę.

Tym razem po stronie tych “złych” staje Cyclops wraz ze swoją świtą, która chce wzniecić ogólnoświatową rewolucję mutantów. Rekrutują więc nowych członków, ścierają się ze służbami publicznymi, Avengersami i kolegami z przeciwległej barykady. Przyświecają im dokładnie te same cele co lata temu Magneto i jego Bractwu Mutantów i wykorzystują do tego te same środki terroru i zastraszania. Z perspektywy czytelnika, który choć trochę obeznany jest w sprawach X-Men, ten świat w ogóle nie poszedł do przodu. Stare rany wciąż krwawią, a urazy są w mocy. Bendis robi więc powtórkę z rozrywki, ale podaje ją w znacznie atrakcyjniejszej formie, z większa ilością niuansów i szarości i jak zwykle z solidnymi dialogami.

Ale dla zupełnie nowych czytelników, ta opowieść będzie bardzo ciekawą podróżą po regułach panujących w uniwersum X-Men. Sprawnie, szybko i klarownie zostaną wprowadzeni w nieustający konflikt, bez potrzeby przebijania się przez ponad pięćset zeszytów ich schedy. Bendis zadbał o bohaterów, rozpisał ich z pomysłem, zaserwował ciekawą intrygę w tle i dobrał świetnych rysowników. Uwielbiam umowną, dynamiczną kreskę Chrisa Bachalo, a nawet Frazer Irving, którego prace jednak wolę w czerni i bieli (“Necronauts”) spisał się wyśmienicie, przez co “Rewolucja”, jako dzieło wyzbyte bagażu dziedzictwa, sprawdza się nad wyraz dobrze.

well-e
Poprzedni

Szczere plakaty animacji Disneya [galeria]

Mark Stewart Productions
Następny

The Last Man on the Moon – dokonać niemożliwego [recenzja]

Paweł Deptuch

Paweł Deptuch

Miłośnik komiksów, scence-fiction, pulpy i kryminału. W latach 2004-2010 redaktor naczelny serwisu Carpe Noctem. Współpracował m.in. z Bicepsem, Czachopismem, Ziniolem, Kolorowymi Zeszytami, a swego czasu prowadził stałe kolumny związane z fantastyką w lokalnych periodykach. Od 2006 r. stały współpracownik miesięcznika Nowa Fantastyka. Autor kilku scenariuszy komiksowych i opowiadań. Legniczanin. Tata.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz