KOMIKS 

Undertaker #2: Taniec sępów – western ma się dobrze [recenzja]

Na okładce pierwszego tomu „Undertakera”, oprócz sylwetki głównego bohatera, był także siedzący na jego przedramieniu sęp. Z kolei na froncie najnowszego albumu Dorisona i Meyera, widzimy skrzydlatych padlinożerców w sile dziesięciu sztuk. Czy to oznacza, że drugim tomie francuskiej serii szykuje się dla sępów prawdziwa uczta?
Bohater „Undertakera” dalej fascynuje wisielczym humorem i taka samą życiową filozofią, ale nie jest on raczej typem osobnika, z którym chcielibyśmy wspólnie odbywać podróż.

W „Tańcu sępów” pozbawieni jesteśmy już efektu świeżości, który w zeszłym roku zafundował nam pierwszy tom serii, zatytułowany intrygująco „Pożeracz złota”. Już doskonale wiemy, kto ukrywał się pod tym określeniem i jakąż to zagwozdkę przyszykował po swej śmierci dla wszystkich zainteresowanych schedą po nim, finansowy potentat i właściciel kopalni z miasteczka Anoki City – Joe Cusco. Teraz, kiedy już ma wszystko gdzieś, pewnie z satysfakcją obserwuje z zaświatów skomplikowaną kabałę, w jaką z premedytacją wpakował mieszkańców miasteczka, na czele z pracownikami kopalni, własną służbą i oczywiście przejezdnym grabarzem, mającym sępa za towarzysza. Wychodzi bowiem na jaw, że Cusco przed śmiercią zjadł wymieniony na grudki złota swój majątek i zażyczył sobie, by w takim stanie go pochować. Jego pośmiertnym zabezpieczeniem jest przetrzymywany w pobliżu miejsca pochówku niezidentyfikowany zakładnik, który ma ponieść śmierć, jeśli grabarz i przede wszystkim Rose, czyli guwernantka Cusco,  nie wywiążą się z zadania w określonym czasie. Co z tego, kiedy wieść o złocie rozchodzi się po miasteczku. Już z racji tego faktu powinno być oczywistym, ze pochówek z pewnością nie odbędzie się bez przeszkód.

Zaskoczeń w najnowszym tomie francuskiej serii już wiele nie ma. Za Jonasem Crowem i jego dwoma towarzyszkami rusza pogoń, której pierwszy, dramatyczny etap zaliczyliśmy na ostatniej planszy „Pożeracza złota”. Wydało się, że grabarz jest poszukiwanym listem gończym przestępcą wojennym, Rose chce go wydać nadjeżdżającej kawalerii, pogoń się zbliża, pada strzał, ale to rzecz jasna wcale nie strzał oddany w stronę Crowa. Sytuacja dla uciekających i ścigających komplikuje się z każdą planszą najnowszego albumu jeszcze bardziej, kawaleria i górnicy w końcu rzucają się sobie do gardeł, dzięki czemu karawan Crowa wymyka się chwilowo pogoni. Ale tylko chwilowo, bo przecież żądni złota ludzie nie zrezygnują tak łatwo. Tym samym wyścig na śmierć i życie będzie trwał nadal, a sępy cierpliwie będą krążyć coraz niżej, czekając aż żywi ludzie zmienią się w martwy przysmak.

W recenzji poprzedniego tomu określałem głównego bohatera mianem łajdaka o złotym sercu, ale po lekturze „Tańca sępów” muszę zweryfikować ów pogląd. Crow okazuje się być równie bezwzględny i niebezpieczny co jego prześladowcy, a na dodatek wydaje się tkwić – zapewne na skutek traumatycznych przeżyć wojennych – na granicy poczytalności. Owszem, dalej fascynuje wisielczym humorem i taka samą życiową filozofią, ale nie jest on raczej typem osobnika, z którym chcielibyśmy wspólnie odbywać podróż. Skazane są na nią Azjatka Lin i Angielka Rose i to one doświadczą niespodziewanej, mrocznej przygody, nota bene same szykując głównemu bohaterowi i czytelnikom komiksu chyba największe, fabularne  niespodzianki. Zresztą na serwowaniu których w głównej mierze opiera się scenariusz Xaviera Dorisona. Ale czy to coś złego? Twórcy, tak jak i inni przedstawiciele popkultury w ostatnich latach udowadniają, że wydawałoby się skostniałym od dawien dawna gatunkiem wciąż można się pomysłowo bawić. Dlatego też w kinie mieliśmy westerny Tarantino, mieliśmy też „Bone Tomahawk” i „Slow West”, czy choćby współczesne, serialowe opowieści oddające ducha Dzikiego Zachodu w postaci „Banshee” czy „Justified”. Twórcy komiksowi również nie śpią, polscy wydawcy trzymają rękę na pulsie i dzięki temu możemy w kraju nad Wisłą cieszyć się z wydań „Bouncera„, klasycznego „Blueberry’ego„, czy nawet nadprzyrodzonego „Szóstego rewolweru„. Dzięki takim dziełom western wciąż opiera się pogłoskom o swojej śmierci. Wręcz przeciwnie – żyje, emocjonuje, cieszy swymi bohaterami i nieodmiennie fascynuje charakterystyczną ikonografią. A wszystkie te elementy, rzecz jasna znajdziecie w najnowszym tomie „Undertakera”.

brandon lee
Poprzedni

Najgorsze wypadki na planie

Jamroz
Następny

Kapitan Jamróz - Militarne porno [recenzja]

Tomasz Miecznikowski

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki", jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz